W tym artykule (4)
Trzy razy w 2025 roku wychodziłem na Magurkę Wilkowicką zanim pojechałem gdziekolwiek wyżej i dalej. Nie dlatego, że to najpiękniejsze miejsce w Beskidach — bo nie jest, i nie będę tego udawać. Dlatego, że to dwie godziny marszu z domu na Śląsku, znany teren, wystarczające przewyższenie i — co ważniejsze — trasa, na której popełnianie błędów logistycznych w marcu kosztuje minimum. Jeśli zapomnę nakarmić nogi po zimie zbyt długim wyjściem, mogę zejść w godzinę. Jeśli warunki okażą się gorsze niż planowałem, mogę zawrócić bez dramatów. To właśnie sprawia, że Magurka jest pierwszą górą każdego mojego sezonu.
Magurka Wilkowicka (909 m) leży w Beskidzie Małym, na granicy Bielska-Białej i Wilkowic. Można wejść z kilku stron: z Wilkowic, z Buczkowic, z Bystrej Podhalańskiej i z Bystrej Krakowskiej. Ja prawie zawsze idę z Bystrej Krakowskiej. Parking przy stadionie sportowym jest wygodny, darmowy przez większość dnia, i szlak stąd jest — według mojego gustu — przyjemniejszy niż od strony Wilkowic. Bardziej leśny, mniej tłoczny w weekendy od strony dzielnicy pełnej nowych osiedli.
Szlak z Bystrej Krakowskiej — opis trasy
Z parkingu idzie się chwilę przez centrum Bystrej chodnikiem wzdłuż drogi — może kwadrans, nie więcej. Potem szlak zielony zaczyna się przy kapliczce na górnym skraju wsi i wchodzi w las. Przez pierwsze kilkaset metrów jest coś w stylu szerokiej leśnej drogi, potem zwęża się do normalnego śladu pieszego i robi się dobrze. Las tu to głównie buk i świerk przeplatane modrzewiem — wiosną, kiedy buki dopiero wychodzą z zimowego bezlistności, jest jasno i przejrzyście, słońce dochodzi do dna lasu bez przeszkód.
Podejście na zielonym jest łagodne — nie ma tu stromo wieszających odcinków, które kogokolwiek zaskoczyłyby. Zakosami, równomiernie, przy spokojnym tempie. Po jakiejś godzinie szlak zielony łączy się z żółtym i dalej idzie się grzbietem. Na tym odcinku teren zmienia charakter: trochę kamienisty, otwartszy, z krótszymi drzewami po bokach. To jest moja ulubiona część tej trasy.
Łącznie ze spokojnym tempem od parkingu do szczytu wychodzi mi godzina czterdzieści pięć do dwóch godzin piętnastu minut — zależy od warunków, od tempa i od tego, ile razy się zatrzymuję. Zejście tą samą drogą: godzina dwadzieścia do godziny czterdzieści. Na całość, z przerwą na szczycie, liczę zwykle trzy i pół, cztery godziny. Idealna połówka dnia.
W połowie podejścia, gdzie szlak na chwilę wychodzi z lasu i przechodzi przez otwartą polanę, jest widok na południe. Przy dobrej pogodzie widać stąd wyraźnie masyw Babiej Góry i Pilsko — i to jest jedno z tych miejsc, gdzie zawsze staję na kilka minut, niezależnie od tempa. Wiosną, kiedy trawa jeszcze nie podrosła i drzewa nie mają liści, perspektywa jest lepsza niż latem, bo horyzont jest dalszy. W marcu i na początku kwietnia mam tu jeszcze śnieg w zacienionych partiach i błoto przy wyjściu na polanę — coś, o czym piszę szerzej w innym wpisie o wiosennych wyjściach.
Na grzbiecie tuż przed szczytem jest krótki odcinek kamienisty, gdzie mokre kamienie okryte cienką warstwą mchu potrafią być zdradliwe. Nie trudny technicznie, ale wymagający uważności. Właśnie dlatego lubię tę trasę jako wyjście treningowe — ma wszystkie elementy, których potrzeba, żeby nogi i głowa przypomniały sobie, jak się chodzi po górach: las, zmiana tempa, grzbiet, kamienie, zejście z różną nawierzchnią. Wszystko w rozsądnej skali, bez ryzyka.
Schronisko na szczycie
Na Magurce stoi schronisko PTTK — nieduże, drewniane, z tarasem wychodzącym na południe i na wschód. Prowadzi je od kilku lat, o ile pamiętam, młode małżeństwo — daty przejęcia nie potwierdzę, bo mnie tu długo nie było przed ich kadencją i nie wiem, od kiedy dokładnie. Za pierwszym razem, kiedy tu trafiłem po zmianie prowadzących, zaskoczyło mnie, że schronisko jest inne — cieplejsze w wyrazie, z innymi rzeczami do jedzenia i z tą atmosferą domu, której w starszych prowadzonych przez PTTK instytucjach nie zawsze się znajdzie.
Żurek jest tu dobry — gęsty, z jajem, z kiełbasą, z chrzanem na życzenie. Nie znam aktualnej ceny — ostatnio płaciłem w 2024 roku jakieś osiemnaście, dziewiętnaście złotych, ale inflacja robi swoje i ceny schroniskowe idą w górę. Herbata z miętą, domowe ciasto — standardowy weekend beskidzki. Schronisko jest niewielkie, kilkadziesiąt miejsc w środku, ale na Magurkę nie chodzi tyle ludzi ile na Turbacz czy Jaworzyny Tatrzańskiej, więc miejsca jest zazwyczaj dość.
Ważna informacja: w marcu godziny otwierania są nieregularne. Schronisko jest otwarte w weekendy i w wybrane dni przy dobrej pogodzie — ale nie zawsze tak, jak sugerują wpisy w internecie z poprzednich lat. Lepiej sprawdzić na ich stronie lub zadzwonić przed wyjściem, szczególnie jeśli planujecie wyjście w środku tygodnia albo przy niepewnej pogodzie. Dałem się raz złapać zamkniętymi drzwiami i musiałem schodzić z samą wodą w termosie, bo nie miałem nic do jedzenia na trasie. Lekcja odrobiona.
Szczyt jest płaski i stosunkowo otwarty — przy dobrej pogodzie widać Kotlinę Oświęcimską rozłożoną w dole i dalej na południe w kierunku Tatr. Nie jest to panorama na skalę Babiej Góry czy Pilska, ale jest realna i czytelna. I o tej porze roku, kiedy tłumów marcowych weekendów jeszcze nie ma, można posiedzieć spokojnie na ławce bez stania w kolejce do drogowskazu.
Po co chodzę tu co rok na początku sezonu
Odpowiedź jest mało romantyczna, ale prawdziwa: żeby przerolować nogi po zimie. Przez zimę traci się kondycję górską — nie tę ogólną, bo można chodzić dużo po mieście, biegać, jeździć na rowerze. Traci się tę specyficzną, która jest potrzebna w górach: siłę stóp na nierównym podłożu, stabilność stawów skokowych na mokrych kamieniach i korzeniach, nawyk patrzenia dwa, trzy metry do przodu a nie pod nogi, naturalny rytm kroku z plecakiem na zmiennym terenie. Tego nie zastąpi żaden trening w siłowni ani bieżnia. Trzeba wyjść i chodzić po górach, żeby to odzyskać.
Magurka to dwie godziny wystarczające, żeby to wszystko obudzić bez ryzyka kontuzji na trudniejszym terenie. Przewyższenie jest realne — około pięćset pięćdziesiąt metrów w górę z Bystrej do szczytu — ale teren nie jest na tyle wymagający, żeby zrobić krzywdę nierozchodzonym nogom. To jest ta ilość, jaka mi potrzeba na pierwsze wyjście. Za dużo i za mało jednocześnie nie jest bezpieczne na początku sezonu.
Mam prosty schemat na pierwsze tygodnie marca, który powtarzam od kilku sezonów: Magurka dwa, trzy razy w ciągu tygodnia lub dwóch, potem Klimczok albo Barania Góra — dłuższe wyjście, większy teren, nieco więcej techniki. Potem, jeśli warunki w Tatrach Słowackich wyglądają sensownie, jadę na Dumbier albo w okolice Niskich Tatr. Każdy krok zbudowany na poprzednim. To działa i od kilku sezonów nie mam kontuzji kolan ani stawów skokowych w marcu — co kiedyś nie było oczywiste.
W tym roku pierwsza Magurka wypadła siódmego marca. Na polance z widokiem na Babią Górę zdjąłem kurtkę na pięć minut, bo świeciło słońce i było naprawdę ciepło jak na ten miesiąc. Pierwsza herbata w schronisku od późnej jesieni. Trzy tygodnie później wyjechałem na Dumbier. Schemat zadziałał, jak co roku.
I jedno na marginesie: ta trasa świetnie nadaje się jako pierwsze wyjście z kimś, kto dopiero zaczyna chodzić po górach i nie wie jeszcze, czy to jest dla niego. Nie jest stromo, las jest przyjemny, na szczycie jest schronisko z żurkiem i ciepłą herbatą i widok, który nie jest na pocztówkę, ale daje się szanować. Byłem tu z żoną kilka razy i nigdy nie narzekała ani na długość, ani na trudność. Raz byłem tu też z kolegą, który przez ostatnie lata siedział głównie przy biurku i nie chodził nigdzie od dobrych kilku lat — i wrócił z wyraźnie lepszym humorem niż wyszedł. To chyba mówi tyle, ile trzeba o tej trasie.
Dla kogo ta trasa jest dobra — i dla kogo może nie być
Magurka Wilkowicka jest dobrą trasą dla osób zaczynających przygodę z górami, dla tych, którzy wracają po przerwie, i dla tych, którzy szukają czegoś sensownego w promieniu godziny jazdy od Bielska-Białej, Katowic i Krakowa. To nie jest wycieczka dla kogoś, kto szuka ostrego podejścia i dramatycznej ekspozycji — tej tu nie ma. Jeśli szukacie trudniejszego terenu, Magurka będzie Was nudzić po pierwszym wejściu.
Jeden szczegół logistyczny: w sezonie letnim i wiosną przy dobrych weekendach parking przy stadionie w Bystrej zapełnia się od rana. Jeśli jedziecie w niedzielę rano po dziewiątej — możecie szukać miejsca. Alternatywa: przyjeżdżać wcześniej albo parkować przy drodze niżej w Bystrej i doliczać kilkanaście minut marszu do parkingu. Nic dramatycznego, ale dobrze to wiedzieć z góry.
Ja wracam tu co roku i pewnie będę wracał dalej. Nie przez sentyment — po prostu dlatego, że ta trasa robi to, co powinna robić dobra trasa treningowa na początek sezonu: rozrusza nogi bez niszczenia kolan, daje chwilę widoku, kończy się żurkiem i herbatą. To wystarczy.