W tym artykule (6)
- Pierwsza lekcja: teren ma znaczenie bardziej niż pogoda
- Druga lekcja: stuptuty z ściągaczem odpuszczają w mokrym błocie
- Trzecia lekcja: wymienne wkładki w plecaku
- Czwarta lekcja: sprawdź schronisko zanim wyjdziesz
- Piąta lekcja: marzec to nie lipiec, ściemnia się o osiemnastej
- Co mam w plecaku w marcu, a czego nie mam w lipcu
Pamiętam, jak w 2022 roku szedłem na Magurkę Wilkowicką w połowie marca w trampkach. Nie dlatego, że miałem zły sprzęt — górskie buty stały w bagażniku samochodu zaparkowanego przy stadionie sportowym w Bystrej. Po prostu uznałem, że to tylko Magurka, niespełna dziewięćset metrów, że marcowa niedziela wygląda przez okno sucho, że najwyżej nogi trochę się ubłocą. Po pół godzinie szlak przy granicy lasu zmienił się w strumień błota ciągnący się przez całe następne półtorej godziny w górę. Buty przemokły do kości przez pierwsze dwadzieścia minut. Wróciłem do samochodu w skarpetach wsadzonych w reklamówkę foliową, z butami trzymanymi w ręce. Suszyły się cztery dni na kaloryferze.
Ta historia nie jest wyjątkowa. Większość osób, które chodzą po górach od lat, ma swoją wersję marcowego błota. Problem polega na tym, że ta lekcja jest tak prosta i tak oczywista, że regularnie się o niej zapomina, kiedy prognoza wygląda zachęcająco i przez okno w domu wychodzi sucho. Marzec w Beskidach rządzi się własnymi prawami i co roku przynosi te same niespodzianki. Poniżej pięć konkretnych rzeczy, których nauczyłem się po wielu sezonach wiosennych wyjść — każda z własnym incydentem, który ją utrwalił.
Pierwsza lekcja: teren ma znaczenie bardziej niż pogoda
W marcu szlaki drogowe i leśne przy granicy lasu — tam, gdzie ścieżka biegnie przez mokry humus i opadłe liście z poprzedniej jesieni — to błoto. Nie trochę mokro, nie podmokło — błoto po kostki lub głębiej, w zależności od tego, ile wcześniej padało, jak długo leżał śnieg i w którą stronę nachylony jest teren. To nie jest opinia — to jest fakt, który powtarza się co roku niezależnie od tego, jak sucho wygląda prognoza dla doliny.
Szlaki kamieniste i grzbietowe trzymają się znacznie lepiej, bo woda spływa z nich szybciej i nie ma się gdzie kumulować. Szlak grzbietowy na Magurkę po żółtym — dużo lepiej niż leśny wariant przy stoku po zielonym. Grzbiet Beskidu Śląskiego od Stożka przez Czantorię — lepiej niż zejście do Ustroniu przez las na południe. To wzorzec, który się powtarza.
Moja zasada wiosenna: jeśli mogę wybierać między wariantem leśnym przy stoku a wariantem grzbietowym — idę grzbietem, nawet jeśli jest dłuższy o pół godziny albo bardziej otwarty na wiatr. Pół godziny więcej marszu po suchym kamieniu jest lepsze niż godzina w butach z wodą przy każdym kroku. Ktoś mógłby powiedzieć, że to oczywiste — a jednak regularnie widzę na szlakach w marcu ludzi owijających nogi trawą i przeklinających błoto, które było do przewidzenia.
Druga lekcja: stuptuty z ściągaczem odpuszczają w mokrym błocie
Przez kilka lat używałem stuputów z samym gumowym ściągaczem pod butem — gumka napinająca się pod podeszwą, zapięcie przy kostce. Działają świetnie na śniegu, na suchym błocie przy ujemnych temperaturach, przy typowych zimowych warunkach beskidzkich. Problem pojawia się wiosną, przy mokrym błocie i szlaku pokrytym gęstymi liśćmi z poprzedniego roku, które leżą na ziemi przez całą zimę.
Przy mokrym błocie woda wchodzi pod but z boków i od dołu. Rozmacza ściągacz. Stuptuty zaczynają obsuwać się w dół i przestają przylegać do buta — a wtedy już nie ma ochrony przed błotem wchodzącym od dołu. Buty przemakają mimo Goreteksa. Gore-Tex jest dobry na wilgoć i deszcz od góry i od boku, ale nie na wodę wchodzącą od dołu i z boków, kiedy uszczelnienie stuputów odpada.
Od dwóch sezonów używam stuputów z taśmą rzepową zapinanych z przodu i z boku — nie ściągaczem pod butem, tylko rzepem obejmującym but od góry. Trzymają się zdecydowanie lepiej na mokrej nawierzchni, nie obsuwają się i nie pozwalają wodzie wejść od dołu tak łatwo. Ceny przyzwoitych stuputów z rzepem zaczynają się od sześćdziesięciu złotych — nie trzeba kupować droższych do wiosennych wyjść beskidzkich.
Trzecia lekcja: wymienne wkładki w plecaku
Przez lata tego nie robiłem, bo wydawało mi się to przesadą. Przy dłuższych marszach — pięć i więcej godzin, kilkadziesiąt kilometrów w trudnym terenie — nawet bardzo dobre buty zaczynają zbierać wilgoć od wewnątrz. Nie od wody z zewnątrz, ale od potu i wilgoci oddychającej przez membranę przy rosnącej temperaturze w ciągu dnia. Marzec w Beskidach to rano minus trzy, w południe plus osiem — bu ty pracują w szerokim zakresie temperatur i wilgotności.
Mokra wkładka przy zimnych temperaturach marcowego popołudnia to pewny sposób na bardzo zimne stopy przez ostatnią godzinę marszu i realne ryzyko odmrożeń przy niezabezpieczonych palcach na lodowatym zejściu po zachodzie słońca. Nie jest to sytuacja, która grozi życiem na beskidzkich szlakach — ale jest bardzo nieprzyjemna i skutecznie psuje resztę dnia.
Wymiana wkładek i skarpet gdzieś w połowie trasy, na dłuższym postoju, zajmuje pięć minut i robi realną różnicę. Worek strunowy na mokre skarpety i wkładki, suche do kieszeni bocznej plecaka — rutyna prosta i tania. Odkąd to robię regularnie, nie mam już problemu z zimnymi stopami w marcu i w październiku, kiedy temperatury są podobne.
Czwarta lekcja: sprawdź schronisko zanim wyjdziesz
W marcu część schronisk w Beskidach otwiera sezon letni — ale część czeka do maja, do Wielkanocy, do pierwszej ciepłej soboty, kiedy właścicielom chce się wyjść i ogrzać budynek po zimie. Nie ma reguły, która by to regulowała — każde schronisko decyduje samo i każde ma inny rytm.
Rok temu planowałem postój w schronisku na Hali Boraczej po trzech i pół godzinach marszu ze strony Węgierskiej Górki. Znalazłem zamknięte drzwi z odręczną kartką: otwarcie 15 kwietnia. Miałem ze sobą pół termosu letniej herbaty, jednego batona i nic więcej do jedzenia. Wróciłem głodny i zły na siebie przede wszystkim, bo godzinę wcześniej przechodziłem przez centrum wsi i minąłem otwarty sklep spożywczy. Mogłem kupić cokolwiek — nie pomyślałem, że będzie potrzebne.
Od tamtej pory: nie zakładam, że schronisko jest otwarte, jeśli nie sprawdziłem tego rano przez telefon albo na stronie danego schroniska. Szczególnie w dni powszednie. Szczególnie przy małych schroniskach, które zależą od jednej gospodyni — choroba, sprawy osobiste, remont, i schronisko jest zamknięte bez ogłoszenia na tydzień. Mam kanapki w plecaku niezależnie od schroniskowych planów.
Piąta lekcja: marzec to nie lipiec, ściemnia się o osiemnastej
To jest lekcja najbardziej prozaiczna z pięciu i regularnie mnie zaskakuje, mimo lat chodzenia po górach. W marcu robi się ciemno wcześniej niż człowiek pamięta po letnim sezonie. Na początku miesiąca zachód słońca to godzina osiemnasta albo wcześniej. Pod koniec miesiąca — osiemnasta trzydzieści. W praktyce oznacza to, że planowanie wyjść jak letnich — wychodzę dziewiąta, wracam kiedy się będzie chciało — przy wolniejszym tempie lub dłuższej trasie kończy się schodzeniem w ciemności.
Raz szedłem ostatnią godzinę z Klimczoka do Szczyrku po całkowitej ciemności z telefonem jako latarką, bo zapomniałem czołówki w samochodzie. Szlak w lesie w nocy wygląda zupełnie inaczej niż w dzień — drogowskazy są niewidoczne bez światła skierowanego wprost na nie, korzenie wyglądają jak kamienie i odwrotnie, każde skrzyżowanie ścieżek wymaga zatrzymania się i sprawdzenia. Wróciłem bezpiecznie, ale wolę nie powtarzać.
Zasada, do której doszedłem: ostatnia godzina zejścia powinna zaczynać się nie później niż o siedemnastej. Wtedy zdążam przed ciemnością nawet przy mokrym szlaku spowalniającym zejście. Wyjście z domu o ósmej, przy samochodzie przed dziewiątą — wtedy jest sześć, siedem godzin marszu w świetle na stosunkowo długą trasę.
Czołówka w plecaku — zawsze, niezależnie od pory roku i długości trasy. W marcu — z naładowanymi bateriami sprawdzonymi wieczór wcześniej, nie rano przed wyjściem. Jedna mała LED-owa czołówka rozwiązuje problem definitywnie za trzydzieści złotych. Telefon jako latarka odpada — bateria się kończy szybciej niż planujemy i telefon jest potrzebny do nawigacji i ewentualnego kontaktu. Czołówka jest do tego, czego do telefonu używać nie chcemy.
Pięć lekcji, żadna odkrywcza — ale każda wynikła z konkretnego wieczoru lub poranka, kiedy coś mi nie wyszło i zostało w głowie. Marzec w Beskidach to naprawdę świetny miesiąc na wyjścia: mało ludzi, piękne przebudzenie lasu, śnieg i słońce na przemian, schroniska ciche i gościnne bez letniego ruchu. Trzeba tylko wiedzieć, co się niesie w plecaku, kiedy sprawdzić schronisko i ile czasu zostało do zachodu słońca. Wtedy marzec jest bardzo dobrym miesiącem — jednym z moich ulubionych.
Co mam w plecaku w marcu, a czego nie mam w lipcu
Dla porządku: lista rzeczy, które mam w plecaku na pierwsze marcowe wyjście, a których nie mam latem. Stuptuty z rzepem — bo błoto. Wymienne wkładki i skarpety w worku strunowym — bo mokro. Kanapki zawinięte w folię bez zakładania, że schronisko jest otwarte — bo nie zawsze jest. Czołówka z naładowanymi bateriami — bo ciemno o osiemnastej. I przy każdym wyjściu do Tatr Słowackich: raki w plecaku, nawet jeśli startowe warunki są łagodne — bo grzbiet wygląda inaczej niż dolina.
Każda z tych rzeczy kosztuje mnie albo kilkadziesiąt gramów dodatkowego ciężaru, albo kilka minut dodatkowego przygotowania wieczorem przed wyjściem. Żadna nie kosztuje wiele. Każda pochodzi z konkretnego incydentu, który mi ją utrwalił. Marzec w Beskidach nauczył mnie, że planowanie tras to nie tylko wybór szczytu i godziny wyjazdu — to też zaakceptowanie, że w tym miesiącu góry przyniosą coś, czego nie spodziewam się przez okno w domu przy kawie.
Sezon 2026 właśnie się zaczął. W kolejnych wpisach: Niskie Tatry po zimie — co zostało z warunków na Dumbierze, jak wygląda firn na grzbiecie w marcu i czy Štefánikowa Polana jest już otwarta na wejście od południa bez ratraków. Zobaczymy, co przyniesie ten marzec na Słowacji.

