W tym artykule (6)
Po raz pierwszy zamarzł mi telefon na zejściu ze Skrzycznego. Było minus jedenaście, miałem go w bocznej kieszeni plecaka — tam gdzie go zwykle trzymam latem, bo jest pod ręką i nie trzeba rozpiać plecaka przy każdym zdjęciu. Bateria pokazywała osiemdziesiąt dwa procent, gdy zaczynałem podejście. Po godzinie zejścia zrobiłem zdjęcie przy schronisku i telefon wyłączył się przy pięciu procentach — bez ostrzeżenia, po prostu zgasł. Gdy wszedłem do ciepłego auta i włączyłem, bateria skoczyła do osiemdziesięciu siedmiu. Żadna awaria sprzętu, żadna awaria oprogramowania — po prostu temperatura wyciągnęła ładunek z ogniwa litowego szybciej niż je uzupełniam.
Od tamtej pory telefon zimą jest przy ciele. Mała zmiana, zero wysiłku, koniec problemu. Ale do tej prostej zmiany doszedłem dopiero po jednym wyłączonym telefonie i jednym zgubionym dniu zdjęć z trasy.
Zebrałem tutaj kilka takich historii z własnych wyjść — moich i znajomych. Nie akademia, nie lista zagrożeń z literatury turystycznej, nie opisy przypadków odmrożeń. Tylko rzeczy, które faktycznie zmarzły i co z tym zrobiłem. Każda z tych historii wymagała jednej prostej zmiany, żeby przestała się powtarzać.
Bukłak — elegancki sposób na umieranie z pragnienia
Bukłak w plecaku z wężykiem zassanym do ustnika to jedno z tych rozwiązań, które są świetne od marca do października i stają się problemem w okolicach minus pięciu stopni. Wąż zamraża się szybciej niż sam zbiornik — jest cienki, narażony na wiatr, często leży tuż przy plecach, ale nie zawsze, i ta różnica kilku centymetrów odległości od ciepłego ciała robi różnicę między cieczą a lodem.
Pierwszy raz mój bukłak zamarzł na trasie z Hali Lipowskiej w lutym. Szedłem pół godziny z myślą, że zaraz się napiję — ciągnąłem wężyk i czułem, że coś blokuje, ale myślałem, że to złe zagryzienie ustnika. Zawróciłem do plecaka, wyjąłem cały bukłak, woda w zbiorniku była jeszcze ciekła — ale wężyk był zablokowany lodem na całej długości. Dobre dwie godziny bez wody, bo nic innego nie wziąłem, bo bukłak miał wystarczyć na całą trasę.
Na tej samej trasie rok wcześniej kolega zamarzł z bukłakiem przy minus siedem — więc minus pięć to nie jest bezpieczna granica, tylko przybliżona. Różnicę robi wiatr, tempo marszu i jak często ciągniesz wężyk. Teraz zimą chodzę z termosem. Dwa termosy: pół litra kawy, pół litra herbaty, razem kilogram wagi więcej niż bukłak — ale działają przy każdej temperaturze. Bukłak zostawiłem na szafie od listopada do marca.
Baton żelowy zamieniający się w kamień
Żele energetyczne i batony żelowe zamarzają przy minusowych temperaturach w sposób, który nie jest niebezpieczny, ale jest irytujący — i może uszkodzić zęby, jeśli spróbujesz odgryźć kawałek bez sprawdzenia jego konsystencji. Wziąłem kiedyś na trasę trzy batony żelowe, które w domu były miękkie jak zawsze i w kieszeni kurtki pojechały świetnie. Ale te same batony które wylądowały na dnie plecaka przy minus dziesięciu były twarde jak polewa czekoladowa z zamrażarki.
Jeden zostawiłem na dnie plecaka i próbowałem go odgryźć na szczycie Skrzycznego — bez efektu, bo baton nie ustępował. Schowałem z powrotem i zjadłem go po pół godzinie w ciepłym schronisku, gdy zmiękł przy stole. Stracony czas, zmarnowany posiłek na trasie. Rozwiązanie jest banalne: wewnętrzna kieszeń kurtki, przy ciele. Baton przez dwie godziny marszu zostaje miękki nawet przy sporym mrozie. Teraz wszystkie słodkie rzeczy na dłuższe zimowe wyjście — batony musli, żele energetyczne, ciastka na zejście — lądują w kieszeni na piersi przed startem.
Opaska na głowę ze zmarzniętym potem
Ta sytuacja zdarzyła mi się raz i zapamiętałem dobrze. Wchodziłem na Klimczok (1117 m n.p.m.) od strony Szyndzielni — podejście jest krótkie, ale strome, i przy minus ośmiu porządnie się spociłem pod czapką w ciągu pierwszej godziny. Na półce widokowej zdjąłem czapkę i chciałem wymienić na cieńszą opaskę, bo nie chciałem dalej się grzać i mieć mokrej głowy przy postoju.
Cieńszą opaskę wyciągnąłem z bocznej kieszeni plecaka. Była mokra od poprzedniego wyjścia — zawinięta i schowana, tak jak ją zostawiłem tydzień wcześniej. I zamarznięta. Skóra lodu zamiast materiału, sztywna jak tektura. Przez chwilę próbowałem ją rozmrozić oddechem — głupia decyzja, bo to trwa za długo i nie działa w terenie przy wietrze. W końcu wzruszyłem ramionami i szedłem dalej z mokrą czapką. Zimna głowa przez dwie godziny, nic groźnego, ale lekcja była wyraźna i zapamiętana.
Teraz: mokre warstwy po wyjściu — czapka, opaska, rękawice, chusta — zawsze lądują do suchej torby strunowej przed schowaniem do plecaka. Na następne wyjście suche. Nic skomplikowanego, tylko wymaga jednego nawyku: otwierasz plecak po powrocie, wyjmujesz mokre rzeczy do torby, reszta może czekać do rana.
Inne rzeczy, które zamarły bez zapowiedzi
Krótka lista rzeczy, które zmarzły mi lub moim znajomym na Beskidach — każda ze swoją lekcją:
- Buty w samochodzie przez noc — mokre od poprzedniego dnia, zostawione w aucie przy minus piętnastu, rano były twarde jak plastik. Zakładanie zajęło piętnaście minut i nie było przyjemne. Od tamtej pory buty wchodzą do domu po każdym zimowym wyjściu, bez wyjątków, nawet gdy jest późno i nie chce mi się nosić
- Pasta ochronna na twarz w tubce — kosmetyki w małych tubkach zamrażają się wolno, ale w bocznej kieszeni plecaka przy długim wyjściu skończyłem z kremem o konsystencji cementu, który nie wychodził z tubki. Teraz kieszeń kurtki razem z batonami i żelami
- Plastikowa klamra piersiowa plecaka — pękła mi przy minus dwunastu, gdy przestawiałem paski na podejściu. Plastik w niskiej temperaturze jest kruchy i traci elastyczność. Sprawdzaj stan klamr i sprzączek przed sezonem zimowym i wymieniaj pęknięte lub wytarte
- Mokra chusta z bambuku — na chwilę schowana do bocznej kieszeni po wytarciu twarzy, po dwóch godzinach przy minus dziesięciu była jak tektura. Bambusowe włókna zatrzymują wilgoć inaczej niż syntetyk i przy mrozie twardnieją szybciej
Cztery zmiany, które zrobiłem
Nie ma tu żadnej odkrywczości — każdy, kto chodził kilka zim w Beskidach, wie o połowie z tych rzeczy z własnego doświadczenia lub z własnych wpadek. Zebrałem to jednak w jedno miejsce, bo sam chciałem mieć taką listę, gdy zaczynałem chodzić zimą na poważniej.
- Termos zamiast bukłaka przy temperaturach poniżej minus pięciu stopni
- Słodkie prowianty w wewnętrznej kieszeni kurtki, nie na dnie plecaka
- Telefon przy ciele — kieszeń spodenkowa lub wewnętrzna kurtki, nigdy boczna kieszenia plecaka zimą
- Mokre warstwy po wyjściu do suchej torby strunowej — nie luźno schowane do plecaka
Jedna rzecz, której nie pokonałem do końca: bateria aparatu fotograficznego. Zewnętrzna bateria też zamarza, choć wolniej niż telefon i z mniejszym dramatem. Jedyne rozwiązanie, jakie znam, to zabranie zapasowej baterii w wewnętrznej kieszeni i wymiana, gdy główna się wyczerpie. Irytujące przy mrozach — zdejmujesz rękawice, grzebiesz przy aparacie, zakładasz rękawice, zapominasz gdzie schowałeś poprzednią. Nadal pracuję nad lepszym systemem.
Zanim wyjdziesz zimą
Żadna z tych historii nie skończyła się tragicznie — bukłak zablokowany lodem, zamrożony telefon, twardy baton i mokra opaska to nie są sytuacje podbramkowe. Ale każda z nich miała wspólny mianownik: mogłem jej zapobiec jedną prostą zmianą, której nie zrobiłem, bo latem działało inaczej. Zima w Beskidach nie jest ekstremalna w porównaniu z alpejskimi lub tatrzańskimi górami, ale jest zimna wystarczająco, żeby kilka drobiazgów zepsuło wyjście.
Przed kazdym zimowym wyjsciem od kilku sezonow robie krotka mentalna checklistę: termos napelniony, slodkie w wewnetrznej kieszeni kurtki, telefon do kieszeni kurtki, rekawice zapasowe na wierzchu plecaka. Cztery punkty, pol minuty. Potem ide. I przez dwa ostatnie sezony zadna z tych rzeczy mnie nie zaskoczyła. To nie jest szczegolna madrosc — to po prostu zapamietane wlasne wpadki z lat wczesniejszych.
Sezon zimowy jeszcze trwa. Mam w planach Baranią Górę (1220 m n.p.m.) w lutym — jeśli pogoda i praca na budowie pozwolą. To jeden z moich ulubionych szczytów Beskidu Śląskiego i od jakiegoś czasu nie byłem tam zimą. Napiszę jak było. Jeśli nie napiszę, to albo budowa wygrała, albo wyszło mi tak dobrze, że nie chce mi się siadać do komputera.

