Oszronione świerki na stokach Pilska w zimowy poranek
Beskid Żywiecki

Pilsko w grudniu — gdy wyciąg pracuje, a szlak pusty

Na Pilsku w grudniu narciarze mają swoje, a ja mam swoje — szlak czerwony przez świerczynę, prawie pusty, z widokiem na ośnieżony grzbiet.

W tym artykule (4)
  1. Szlakiem czerwonym przez świerczynę
  2. Co wziąłem w plecak
  3. Schronisko PTTK na Pilsku w grudniu
  4. Dlaczego wracam na Pilsko

W sobotę rano na parkingu w Korbielowie było już z dwadzieścia samochodów z bagażnikami dachowymi. Narciarze wypakowywali narty, dzieci biegały w kaskach po oblodzonej nawierzchni, ktoś głośno narzekał na zbyt wąski parking. Zarzuciłem plecak, naciągnąłem kominę na pół twarzy i skręciłem w prawo — w stronę szlaku czerwonego, nie kolejki. Kilku ludzi spojrzało na mnie jak na kogoś, kto pomylił parking.

Pilsko w grudniu ma dwie twarze. Ta pierwsza to stacja narciarska — wyciąg, ratrak w nocy, kolejka linowa od rana, tłum przy kasach. Ta druga jest za zakrętem leśnej drogi: cisza, ślad zwierząt na śniegu, świerki obwieszone szronem tak ciężko, że niższe gałęzie prawie dotykają ziemi. Jeśli chodzicie tu tylko w sezonie letnim, w grudniu możecie się zaskoczyć, jak bardzo te dwie przestrzenie nie mają ze sobą nic wspólnego — dzielą tę samą górę, ale nie dzieje się tu to samo.

Nie zapisuję w kółko tych samych wrażeń z tych samych tras. Ale Pilsko jest wyjątkiem — wracam tu po kilka razy w roku i za każdym razem jest inne. Czerwiec po opadach, kiedy las jest tak zielony, że prawie boli w oczy. Październik, gdy buczyna na niższych partiach stoi żółta i brązowa, a wyżej już gołe świerki z cienką warstwą pierwszego śniegu. I grudniowe mrozy, gdy całość wygląda jak czarno-biały rysunek z niebieskim tłem nieba. Trzy zupełnie różne miejsca na tej samej górze, tyle że oddzielone od siebie miesiącami.

Szlakiem czerwonym przez świerczynę

Z Korbielowa szlak czerwony wchodzi w las niemal od razu — po kilkuset metrach od centrum wioski skręca w boczną drogę leśną i zaczyna wspinaczkę. W grudniu, kiedy wyciąg na sąsiednich stokach pracuje od ósmej rano, ten kawałek trasy jest niesamowicie spokojny. Minąłem może czterech turystów przez trzy godziny. Jeden szedł ze psem, reszta wracała już w dół. Na środkowym odcinku szlak zbliża się do skraju lasu i przez kilkadziesiąt metrów widać z lewej strony narciarzy krążących na stoku — a po kilkudziesięciu metrach las znowu zamyka się po obu stronach i ten obraz znika.

Czas do szczytu — nieco ponad dwie i pół godziny w moim tempie, przy normalnych zimowych warunkach. Tego dnia śnieg był zbity, miejscami zlodowacony pod warstwą świeżego puchu. Wziąłem rakiety śnieżne i nie żałowałem — bez nich ostatnie pół godziny podejścia byłoby nieprzyjemne. Nie trudne technicznie, ale ślizgające się na każdym kroku i frustrujące, bo idziesz wolno i nie ma za co trzymać się kijem na twardszym podłożu.

Świerczyna na tym odcinku robi wrażenie właśnie zimą. Latem jest ciemna i trochę klaustrofobiczna — te gęste, równe rzędy drzew nasadzonych pewnie kilkadziesiąt lat temu, bez większych przestrzeni między pniami, bez widoku na cokolwiek poza kolejnym rzędem świerków. W grudniu, gdy każda gałąź niesie kilkanaście centymetrów śniegu, ten sam las wygląda zupełnie inaczej. Co jakiś czas z góry, bez żadnego powodu, spada gruba warstwa — trzask, obłok białego pyłu, cisza z powrotem. Nic dramatycznego, po prostu las sobie żyje i zrzuca co za ciężkie.

Trasa wiedzie przez Halę Lipowską — odkrytą polanę z widokiem na południe, gdzie w czystą pogodę widać Babią Górę po prawej i słowacką Orawę w dole. Tego dnia widoczność była dobra, ale nie doskonała — Babia stała wyraźnie jako ciemna sylwetka, a za nią ciągły grzbiet schodzący ku Słowacji. Stałem na tej polanie może pięć minut. Nie dlatego, że było co oglądać, ale dlatego że polana po trzech godzinach w lesie zawsze sprawia, że zatrzymujesz się bez planu.

Co wziąłem w plecak

Wychodziłem na około sześć godzin z powrotem, przy temperaturze minus siedem na parkingu w Korbielowie. Na górze miało być zimniej — prognoza podawała minus dziesięć, minus dwanaście z wiatrem. Spakowane:

  • Rakiety Salomon Snowcross Carbon — nie wożę ich na każde wyjście, ale od połowy listopada jadą razem ze mną w samochodzie, bo nigdy nie wiadomo, jak wyglądają warunki w wyższych partiach
  • Kije teleskopowe — na śniegu nie chodzę bez kijów; na płaskim terenie mnie irytują i zabieram je niechętnie, ale tutaj na podejściu i zejściu przy rakietach są niezbędne
  • Termos z kawą (pół litra) i drugi z herbatą (pół litra) — nie ufam, że w schronisku zawsze coś dostanę, chociaż w tym przypadku się myliłem i było wszystko
  • Kanapki z serem i szynką — dwie, jedna na szczyt przy schronisku i jedna na zejście gdzieś przy Hali Lipowskiej
  • Zapasowa czapka merino, bufka, cienkie rękawice wełniane pod grubszymi membranowymi — komplet zapasowych warstw na głowę i dłonie
  • Latarka czołowa Black Diamond Spot — nie planowałem schodzić po ciemku, ale po grudniu się nie wie, jak szybko ucieknie światło
  • Kurtka puchowa Cumulus na dno plecaka — tylko na wypadek dłuższego postoju w schronisku albo przy fotografowaniu bez ruchu

Plecak ważył może osiem kilogramów, może osiem i pół. Na trasy bez noclegu staram się nie przekraczać dziesięciu — potem kolana dają znać na zejściu, szczególnie na oblodzonym terenie, gdzie każdy krok wymaga więcej siły niż latem.

Schronisko PTTK na Pilsku w grudniu

Schronisko było otwarte — co mnie, szczerze mówiąc, trochę zaskoczyło, bo nie sprawdzałem wcześniej godzin. Przy kasie narciarskiej na Pilsku od lat jest tabliczka z informacją, że schronisko PTTK czynne cały rok, ale godziny ograniczone w niskim sezonie. W grudniu, gdy stacja pracuje, to de facto szczyt sezonu — schronisko było pełne narciarzy i ich dzieci, a kolejka do okienka sięgała drzwi wejściowych.

Poczekałem ze dwadzieścia minut na żurek. Kosztował dwadzieścia złotych, z jajkiem i kiełbasą, gorący i bardzo słony — dokładnie tego chciałem po trzech godzinach marszu w mrozie. Kawa ze spienionym mlekiem kolejne dziewięć złotych. Usiadłem przy oknie od zachodniej strony i patrzyłem, jak narciarze podjeżdżają wyciągiem sto metrów ode mnie. Nie zamieniałbym się z nimi miejscami, co nie znaczy, że patrzę na nich z wyższością — po prostu lubimy różne rzeczy na tej samej górze.

W środku schronisko jest standardowe — drewniane stoły, kaloryfery grzejące za bardzo w jednym rogu i za słabo w drugim, menu na tablicy zapisane ręcznie. Nic ekstra, ale wszystko co potrzeba. Na schronisko polecam wchodzić od jego zachodniej strony — od strony szlaku, nie od kasetek narciarskich. Unika się wtedy tłoku przy wejściu i od razu widać widok na grzbiet Babiej Góry przez okna, jeśli pogoda pozwala.

Siedziałem może trzydzieści pięć minut. Przy sąsiednim stoliku rodzina z trojgiem dzieci negocjowała kolejne podejście na wyciąg — dzieci chciały, mama miała dosyć. Wynik negocjacji nierozstrzygnięty w chwili gdy wychodziłem. Mróz na zewnątrz przywitał mnie od razu przy wyjściu.

Dlaczego wracam na Pilsko

Byłem na Pilsku w tym roku chyba cztery razy — luty, kwiecień, lipiec i teraz grudzień. To nie jest szczyt, który mnie porywa widokami. Babia Góra z Przełęczy Brona wygląda jak górska pocztówka, słowackie Tatry Niżne od strony Chopoka mają rozmach, którego Pilsko po prostu nie ma. Pilsko (1557 m n.p.m.) jest bardziej kopulaste niż dramatyczne, ze szczytem otwartym na wiatr i z masztem telekomunikacyjnym, który psuje każde zdjęcie, jeśli nie wiesz jak go kadrować.

Wracam, bo dojazd z Bielska-Białej zajmuje mi nieco ponad pół godziny. Wracam, bo szlak czerwony przez Lipowską znam na tyle dobrze, że zimą nie muszę się skupiać na orientacji, tylko na warunkach pod nogami. Wracam, bo na Pilsku nie spotykam setki ludzi z kijkami i selfie-stickami — a przynajmniej nie na czerwonym szlaku. I wracam, bo za każdym razem las wygląda inaczej, nawet jeśli trasa jest ta sama.

Tym razem w świerkach było tyle śniegu, że robiłem co kilka minut zdjęcia, wiedząc, że i tak żadne z nich nie odda tego, jak to naprawdę wyglądało. Zdjęcia lasu ze śniegiem zawsze wychodzą płaskie — brakuje głębi przestrzeni, trzasku gałęzi, konkretnego chłodu powietrza na twarzy. To jest powód, dla którego wychodzę zimą — żeby mieć te rzeczy, których telefon z aparatem nie zapisze.

Zejście zajęło mi dwie godziny i kwadrans. Na parkingu stało już mniej samochodów — narciarze kończyli przed zmrokiem, a mróz zaczynał trzeć w uszy. Pojechałem do Korbielowa na bigos, który robiła tam gospodyni w chacie przy trasie. Nie zapisałem nazwy. Jeśli znacie Korbielów, wiecie, o której chatce mówię — małe okna, dym z komina, godziny otwarcia jak jest. Bigos był gęsty i słony. Wróciłem do domu przed dziesiątą.

Jeden szczegół, który zawsze mnie zaskakuje na tym szlaku: tablice informacyjne PTTK są tu ustawione na odcinkach, gdzie las jest najbardziej gęsty i gdzie nawet latem nie ma widoku. Zimą, gdy śnieg przysypie dolne partie tablicy, widać tylko górny napis. Tyle wystarczy.

Na szczycie Pilska od strony szlaku jest metalowy krzyż i kilka tablic. Tego dnia wiatr był umiarkowany, nie dramatyczny. Stałem może pięć minut i zszedłem do schroniska. Zdjęcia robiłem przez cały czas, choć wiedziałem, że mróz robi swoje z baterią aparatu.

Za miesiąc pewnie wrócę. Może z kimś, może sam. Pilsko w styczniu przy głębokim śniegu to inne wyjście niż w grudniu — mniej ludzi przy kasach narciarskich, więcej ciszy na szlaku, i ten specyficzny mróz styczeń który jest zimniejszy od grudniowego, ale suchszy i przez to znośniejszy. Ale o tym napiszę, jak będzie.