Szlak w Beskidzie Żywieckim wczesną wiosną
Beskid Żywiecki

Romanka pod koniec marca — błoto, resztki śniegu, dwie godziny ciszy

Romanka w marcu to błoto na dole, firn na grzbiecie i nikogo wokół przez dwie godziny. Mój prywatny barometr formy na początek sezonu.

W tym artykule (6)
  1. Szlak i warunki
  2. Widok z wierzchołka i dwie godziny ciszy
  3. Zejście i najtrudniejszy fragment
  4. Hala Lipowska po drodze i powrót
  5. Romanka jako barometr
  6. Warianty trasy i kilka konkretów

Samochód zostawiłem na parkingu przy kościele w Sopotni Wielkiej. Niedziela, ale wczesna — trochę przed ósmą rano. Parking prawie pusty, tylko jeden pies, który siedział przy płocie i patrzył na mnie bez żadnych emocji. Marzec się kończył i nie było jeszcze tego wiosennego ruchu, który na Romankę przychodzi od Wielkanocy i trwa przez całe lato. Wziąłem kije, napełniony termos, sprawdziłem, ile naładowany telefon. Poszedłem.

Romanka ma 1366 metrów i jest jednym z tych beskidzkich szczytów, które na mapie nie wyglądają imponująco, ale w terenie dają zupełnie inny widok niż wynikałoby z liczby. Chodzę na nią od wielu lat — różne pory roku, różna pogoda, różna kondycja. Znam tę trasę na tyle dobrze, że czuję, kiedy idę dobrze, a kiedy jestem za słaby na ten sezon.

Szlak i warunki

Pierwsze dwie godziny idzie się żółtym szlakiem przez Sopotnię i dalej — szeroką drogą leśną, potem węższą ścieżką przez świerczyny. Tu warunki były klasycznie marcowe, czyli błotniste. Szczególnie na otwartych odcinkach pod lasem, gdzie słońce już sięgało w ciągu dnia — ziemia rozmrożona na wierzchu, pod spodem jeszcze zmrożona, więc każdy krok osiadał inaczej. Raz na jakiś czas trafiłem na kałużę, która wyglądała na centymetr głębokości, a była na dziesięć. Kije tutaj faktycznie pomagają — nie tyle przy samym podejściu, ile przy tym, żeby nie iść slalomem między kałużami i nie skończyć z butami mokrymi po trzydziestu minutach.

Na grzbiecie, mniej więcej od Hali Pawlusiej w górę, wszystko się zmieniło. Śnieg jeszcze leżał — nie gruba warstwa, miejscami może piętnaście centymetrów, miejscami pięćdziesiąt, ale już zwarty. Twardy firn pod nogami. Raz wdepnąłem w coś, co wyglądało na pięć centymetrów i zaszedłem po kolano. To taki beskidzki klasyk końca marca — śnieg wygląda płytko, a jest głębszy, niż widać, bo osiadł i skruszał od dołu. Jeśli ktoś planuje tę trasę w podobnym czasie, polecam wziąć stuptuty — sam miałem je w plecaku i nie żałuję, że tam były.

Czas z parkingu na wierzchołek — trzy i pół godziny. Szedłem spokojnie, robiłem zdjęcia buków, zatrzymałem się dwa razy na dłuższą chwilę przy znakach granicznych. Przy dobrej kondycji i bez aparatu myślę, że da się w trzy godziny. Nie widziałem potrzeby bić rekordów.

Widok z wierzchołka i dwie godziny ciszy

Romanka to 1366 metrów — nie robi wrażenia na papierze, zwłaszcza przy Babiej Górze czy Pilsku. Ale widok z wierzchołka jest nieproporcjonalnie dobry do nakładu pracy. Babia Góra dosłownie naprzeciwko, wyraźna jako osobny masyw, ciemna i masywna. Pilsko na wschód. W pogodne dni — a ten marcowy dzień był pogodny, choć zimny, jakieś minus trzy na grzbiecie — widać Tatry. Tym razem były: wyraźna biała linia na południu, Krywań, Łomnica, cały ten ciąg za słowacką stroną. Przy mocnym słońcu na śniegu człowiek żałuje, że nie wziął okularów. Wziąłem.

Byłem sam przez dwie godziny. Nie licząc jednego psa, który przybiegł znikąd, powąchał mój plecak i odszedł w kierunku grzbietu. Jego właściciela nie widziałem — może szedł dalej, może dał psu więcej wolności. Nie pytałem psa.

Zrobiłem trzy zdjęcia mokrego buka przy szlaku — stał dokładnie na granicy śniegu i ziemi, pień ciemny od wilgoci, korona jeszcze bez liści, gałęzie jak narysowane węglem na jasnym niebie. Nic specjalnego. Ale chyba właśnie takie zdjęcia lubię najbardziej — bez dramatyzmu, po prostu to, co było. Bez zachodzącego słońca, bez mgły, bez złotej godziny. Mokry buk w końcu marca.

Na Romance jest taki moment — zazwyczaj po jakichś trzydziestu, czterdziestu minutach siedzenia — kiedy przestajesz myśleć o tym, co czeka w poniedziałek. Nie wiem, czy to zasługa wysokości, czy odległości od samochodu, czy po prostu zmęczenia, które wycisza głowę. Ale ten moment zawsze przychodzi. I dla niego wychodzę.

Zejście i najtrudniejszy fragment

Wracałem tym samym szlakiem, bo nie miałem samochodu po drugiej stronie. Można zejść inaczej — na Halę Miziową, na Korbielów — ale wtedy trzeba albo auto zostawić po drugiej stronie, albo wracać komunikacją. Nie planuję wyjść z dwoma autami na jednodniowe wycieczki. To zbyt skomplikowane i mija się z ideą wyjazdu samemu.

Zejście niebieskim na Halę Pawlusią to był najtrudniejszy fragment dnia. Nie trudny technicznie, ale nieprzyjemny. Stromy odcinek, wąska ścieżka, błoto rozgrzane przez południowe słońce — ta sama ziemia, która rano była twarda, teraz śliziła się pod butami. Do tego korzenie, mokre od topniejącego śniegu. Tu kije to nie opcja, a konieczność. Bez nich dwa razy bym się przewrócił, może trzy. Z nimi — tylko raz się zachwiałem i raz stanąłem niezręcznie, ale nic się nie stało.

Jeśli ktoś pyta mnie, który fragment trasy z Sopotni na Romankę jest najbardziej podstępny wiosną — to właśnie to zejście na Halę Pawlusią. Na papierze nic. W terenie, przy błocie, uwaga wyostrzona.

Hala Lipowska po drodze i powrót

Na Halę Lipowską wpadłem koło czternastej — schronisko otwarte, przy kominku siedziały dwie osoby z mapami. Wziąłem herbatę i usiadłem na piętnaście minut. Pisałem o samym schronisku osobno, tydzień temu, więc nie będę się powtarzał — ale to dobre miejsce na oddech. Nogi miałem zmęczone, do samochodu zostało mi jeszcze ponad godzina, herbata zrobiła swoje.

Do samochodu wróciłem około szesnastej. Łącznie jakieś osiem godzin, z przerwami. W drodze powrotnej minąłem trzy ekipy z dołu — weekendowicze, pierwsze wiosenne wyjście, entuzjazm widoczny z daleka, buty trochę za lekkie jak na błoto w tym miejscu. Uśmiechnąłem się i nie mówiłem nic. Sam miałem kiedyś takie buty na tej drodze. Człowiek się uczy.

Romanka jako barometr

Chodzę na Romankę od wielu lat, o różnych porach roku. Stała się dla mnie czymś w rodzaju prywatnego barometru formy — nie dlatego, że jest jakoś szczególnie wymagająca, ale dlatego, że ją znam na tyle dobrze, że czuję różnicę. Jeśli idę spokojnie, bez pośpiechu i bez zadyszki na grzbiecie, wiem, że sezon zaczął się dobrze. Jeśli mi ciężko, wiedziałem, że zima była za mało aktywna.

Tym razem idzie się dobrze. Marzec jeszcze, a już byłem na grzbiecie. Sezon można uznać za otwarty.

Szlak jest dobrze znakowany — czerwone i żółte znaki na drzewach, gdzieniegdzie na kamieniach. Na grzbiecie, gdzie drzew nie ma, bieguny wbite w śnieg co kilkadziesiąt metrów. W mgle marzec bywa trudniejszy, ale tego dnia było słonecznie i widoczność dobra.

Miałem przy sobie kijki teleskopowe — nie raki, nie czeki, po prostu kijki. Na grzbiecie Romance w marcu to wystarczyło. Gdyby firna była bardziej stroma albo lód gruby pod śniegiem — raki byłyby lepsze. Ale warunki były przyjemne, bez niespodzianek na śniegu. Ocena warunków przed wyjściem to zawsze dobry pomysł, jest kilka grup na Facebook gdzie warunki na Romance i okolicznych grzbietach są raportowane przez wyjątkowo aktywnych lokalnych użytkowników.

Na samym wierzchołku Romance jest ławka. Stara, drewniana, miejscami wilgotna od śniegu, ale ławka. Siadłem na niej, wyjąłem termos i przez jakieś czterdzieści minut patrzyłem na Babią Górę. Babia była ciemna i wyraźna, bez mgieł. Widok, który znam z dziesiątek wyjść, ale za każdym razem jest trochę inny w zależności od pory dnia, pory roku i pogody. Tym razem słońce było już dość nisko, jakieś trzy po południu, i zachodnia ściana Babiej miała złocisty odcień. Nie patetyzuję — po prostu tak to wyglądało.

Sopotnia Wielka to wioska na tyle mała, że nawet nie ma sklepu przy parkingu. Ale jest za to kawiarnia w jednym z domów przy drodze — nie sprawdzałem, czy była otwarta, bo miałem termos i kanapki. Przy następnym wyjściu sprawdzę, bo kawa po zejściu przed powrotem samochodem brzmi jak dobry plan. Ktoś z Was był tam?

Kilka konkretów dla tych, którzy planują tę trasę wiosną: parking przy kościele jest bezpłatny, mieści pewnie dwadzieścia aut i w weekendowe południa jest pełny. Lepiej przyjeżdżać wcześnie albo w środku tygodnia. Toaleta przy parkingu — nie sprawdzałem w marcu, czy działała. Na szlaku żółtym nie ma żadnej infrastruktury między parkingiem a Halą Lipowską, trzeba brać wodę z domu albo uzupełnić w schronisku.

Warianty trasy i kilka konkretów

Trasa z Sopotni Wielkiej to klasyczna opcja — parking przy kościele, szlak żółty, przejście przez las do grzbietu, grzbiet na wierzchołek. Łącznie różnica wzniesień to jakieś 860 metrów, dystans w jedną stronę około dziewięciu kilometrów. Nie jest to wymagające, ale i nie jest to spacer.

Alternatywne wejście z Korbielowa jest krótsze, ale ciaśniejsze na dole i mniej komfortowe w błoto. Z Milówki przez Halę Boracza to długa opcja dla tych, którzy chcą pełny dzień. Ja wracam zazwyczaj tym samym szlakiem z Sopotni, bo po pierwsze nie mam auta po drugiej stronie, a po drugie znam każdy fragment tej drogi na tyle dobrze, że nie czuję się jakbym powtarzał. Zejście wychodzi inaczej niż podejście — pod innym kątem, w innym tempie, inaczej bolą nogi.

Romanka leży na granicy polsko-słowackiej, co oznacza, że z wierzchołka można zejść na słowacką stronę przez Lyžiarenský chodník w kierunku Mutné. Nie robiłem tego w marcu, bo logistyka wymaga auta po tamtej stronie, ale latem to ciekawa opcja — słowacka część Beskidów Żywieckich jest spokojniejsza i mniej uczęszczana niż polska.

Przed wyjazdem sprawdziłem w aplikacji pogodę na wysokości 1300 metrów — prognoza wskazywała minus dwa, wiatr 15 km/h, słonecznie po południu. Sprawdził się dokładnie. Gorzej, kiedy aplikacja mówi słonecznie, a za to na grzbiecie jest mgła — to się zdarza szczególnie wiosną, kiedy masy powietrza mieszają się nieprzewidywalnie. Dlatego zawsze biorę warstwę więcej niż myślę, że potrzebuję.