Zimowa trasa na Skrzyczne — zaśnieżony szlak w Beskidzie Śląskim
Beskid Śląski

Skrzyczne w styczniu, gdy wieczorem -15

Skrzyczne od Salmopolskiej Polany zamiast od Centralnego — trzy i pół godziny pod górę, mróz na zejściu i schronisko z zupą, która ratuje życie.

W tym artykule (5)
  1. Trasa zielonym i żółtym do szczytu
  2. Co miałem, czego mi zabrakło
  3. Schronisko na Skrzycznem zimą
  4. Jak się ubrać na Skrzyczne zimą
  5. Dlaczego nie idę wyciągiem

Na Salmopolskiej Polanie zatrzymałem auto o wpół do jedenastej. Termometr na desce rozdzielczej pokazywał minus osiem. Na szczycie Skrzycznego (1257 m n.p.m.) prognoza podawała minus piętnaście wieczorem — i to mnie trochę przykuło, bo plan był zejść przed zmrokiem, ale rzadko mi to wychodzi dokładnie tak jak planuję, szczególnie zimą, gdy każdy odcinek trasy trwa dłużej niż latem i każda przerwa na schronisko jest dłuższa niż powinna.

Skrzyczne od strony Szczyrku Centralnego — gdzie stoją wyciągi narciarskie i kasy biletowe — to nie jest wyjście na górę, to wejście w tłok przy parkingu i kolejkę przy okienku. Znam kilka osób, które wchodzą właśnie tamtędy i mają z tego frajdę. Ja do nich nie należę. Salmopolska Polana daje inny start: parking przy drodze krajowej między Bielskiem a Szymbark, kilkaset metrów asfaltu z widokiem na wąwóz po lewej, potem szlak zielony wchodzący w las. Spokojnie, bez kolejek.

Na parkingu stało osiem samochodów, ale na szlaku przez pierwsze dwie godziny nie spotkałem nikogo. Jeden ślad butów prowadził w górę — sądząc po świeżości odcisku, ktoś wszedł może dwie godziny przede mną. Górskie ślady mają tę właściwość, że opowiadają historię: tu ktoś się zatrzymał, tu skręcił, tu coś go zatrzymało na chwilę. Zimą ta historia zostaje czytelna przez kilka dni.

Trasa zielonym i żółtym do szczytu

Ze Salmopolskiej Polany szlak zielony prowadzi przez las na grzbiet, a stamtąd żółtym szlakiem na Skrzyczne. W sumie nieco ponad pięć kilometrów do szczytu, z przewyższeniem ponad pięciuset metrów. W lecie zajmuje mi to trochę ponad dwie godziny w spokojnym tempie. Zimą przy głębokim śniegu i rakietach — trzy i pół godziny w górę, a na suchym zamarźniętym lodzie bliżej czterech.

Tego dnia śnieg był dobry — zbity pod spodem, z kilkunastocentymetrową warstwą świeżego puchu na wierzchu. Rakiety trzymały dobrze na podejściu, nie wsuwały się na boki ani nie blokowały. Jedyny odcinek, gdzie zacząłem się ślizgać, to stroma ścieżka tuż przed grzbietem, gdzie wiatr zdmuchnął puch z poprzedniej nocy i zostało samo lodowisko na nachyleniu może czterdziestu stopni. Kije wyciągają w takich momentach — dosłownie, jako oparcie dla każdego kroku.

Przy szlaku żółtym — szczególnie na grzbiecie przed samym szczytem — wiał wiatr, który na dole nie robił wrażenia, ale przy minus ośmiu był już wystarczająco dotkliwy. Założyłem bufkę na twarz i zostawiłem ją do końca wyjścia. Przy spokojnym powietrzu byłoby za ciepło, ale przy tym wietrze bufka robiła różnicę między komfortem a dyskomfortem.

Na samym grzbiecie jest kilka chwil, gdy widać w dole Szczyrk i kotlinę szczyrkowską — stoki narciarskie są białe i czyste, gondola jedzie w górę regularnym rytmem, słychać odgłos ratraka gdzieś z boku. Po kilkudziesięciu metrach las znowu zamyka się po obu stronach i ten obraz znika, a szlak wraca do ciszy. Lubię ten kontrast. Można go mieć za darmo, wystarczy skręcić w inną stronę niż wszyscy i iść nieco wolniej.

Co miałem, czego mi zabrakło

Plecak na Skrzyczne zimą pakuję standardowo: rakiety, kije, termos z kawą i jeden z herbatą, jedzenie na dzień — kanapki i coś słodkiego, apteczka z bandażem i folią NRC, kurtka puchowa schowana na dno na wypadek dłuższego postoju bez ruchu, czołówka. Tego dnia brakowało mi jednej rzeczy, którą zwykle mam, a tym razem zapomniałem: zapasowej pary rękawic.

Główne rękawice — cienkie softshellowe z membraną — działają dobrze do minus dziesięciu. Przy minus piętnaście na szczycie z wiatrem zaczęły mnie zawodzić. Palce czułem dobrze, ale czubki zaczęły tracić ciepło szybciej niż normalnie, szczególnie gdy trzymałem kijki. Wcześniej zawsze miałem pod spodem cienkie wełniane jako warstwę bazową, tym razem nie wziąłem ani jednych, ani drugich zapasowych. Na schronisku przykładałem kubek z gorącą herbatą do palców jak dziecko, ale skutecznie.

Nie jest to opowieść o jakimś poważnym problemie — rękawice bez palców kupiłem w schronisku za dwanaście złotych od kogoś, kto miał za dużo i wychodził wcześniej. Ale ten drobiazg — jeden element nie spakowany — wystarczył, żeby przez godzinę zejścia myśleć głównie o rękach zamiast o terenie. Nie o widoku przez okna schroniska, nie o warunkach śniegu pod nogami. O rękach.

Mam od tamtej pory zwyczaj: przy każdym zimowym wyjściu, zanim zamknę plecak, kładę rękawice zapasowe na samym wierzchu i zamykam dopiero po ich fizycznym schowaniu. Prosty rytuał, zero wysiłku. Znika problem zapominania, bo suwak nie da się zamknąć, gdy rękawice czekają na wierzchu.

Schronisko na Skrzycznem zimą

Schronisko PTTK na Skrzycznem jest otwarte przez cały rok — w sezonie narciarskim pracuje normalnie, bo szczyt jest dostępny wyciągami narciarskimi i dostają stały ruch przez cały dzień. Stołówka była pełna mimo środka tygodnia, ale miejsca przy oknie wschodnim znalazłem po kilku minutach szukania. Zupa — ten sam żurek co wszędzie w Beskidach, z jajkiem na twardo, za osiemnaście złotych — była gorąca do ostatniej łyżki. Herbatę zamówiłem dwie, z odstępem dziesięciu minut.

W schronisku na Skrzycznem jest jedna rzecz, której nie ma w wielu miejscach: okna od strony wschodniej dają widok na Podbeskidzie, Bielsko-Białą w dole i daleko w pogodny dzień nawet Kotlinę Oświęcimską. Przy dobrej zimowej widoczności można stamtąd zobaczyć bardzo daleko — widziałem Jezioro Żywieckie, ciemne kontury Beskidu Małego i jasną linię na horyzoncie, której nie potrafiłem jednoznacznie zidentyfikować. Tego dnia zachód słońca przez tę szybę, z kubkiem herbaty w rękach — to jest coś, czego mi w górach latem brakuje.

Siedziałem może czterdzieści minut. Przy stoliku obok dwóch mężczyzn dyskutowało o jakiejś trasie skiturowej za słowacką granicą, z mapą rozłożoną przy kawie. Nikt nikomu nie przeszkadzał. Schronisko zimą jest miejscem spokojniejszym niż latem — mniej turystów szukających pieczątek do książeczki, więcej ludzi, którzy wiedzą dokładnie czego chcą i po co tu przyszli.

Ze schroniska zejście do Salmopolskiej Polany zajęło mi dwie godziny i dziesięć minut. Ostatnie pół godziny szedłem po ciemku, z czołówką. Mróz na nocnym zejściu jest inny niż w ciągu dnia — suchy, głęboki, wchodzi pod kurtkę przy każdym postoju. Nie zatrzymywałem się więcej niż minutę w jednym miejscu.

Szlak zielony ze Salmopolskiej Polany jest jednym z tych szlaków, które nie mają dramatycznych momentów — nie ma tu żadnego przebłysku widoku, żadnego miejsca, które wyróżniałoby się z reszty. To szlak równomierny, stopniowy, przez las zmieniający się od liściastego na dole do świerkowego wyżej. Właśnie dlatego zimą jest tu dobrze, bo nie idziesz za widokiem, idziesz za trasą.

Mija się po drodze kilka miejsc, gdzie ścieżka jest szersza niż zwykle — pewnie ślady po dawnych drogach zrywkowych albo poszerzeniach dla narciarzy skiturowych. Zimą te szerokie odcinki są przyjemniejsze niż latem, bo śnieg leży równo i nie ma wybojów. Latem są za to trochę błotniste po deszczu, bo gleba nie odprowadza wody tak szybko.

Jak się ubrać na Skrzyczne zimą

Pytanie, które dostaję najczęściej od znajomych przed pierwszym zimowym wyjściem: co założyć. Moja odpowiedź jest nieskomplikowana. Trzy warstwy: baza z merino lub ciepłego syntetyku, środkowa z polaru lub cienkiego puchu, zewnętrzna membranowa na wiatr i wilgoć. Na nogi: ciepłe spodnie soft-shell albo membranowe, nie cienkie trekkingowe z lata.

Glowa: czapka merino obowiazkowa, bufka na szyje, do plecaka zapasowa czapka lub opaska. Dlonie: dwie pary rekawic — cienka i gruba, w zaleznosci od tego, czy jestes w ruchu czy na postoju. Przy minus pietnastu z wiatrem cienkie rekawice nie wystarczą nawet na krotki postoj przy schronisku. Rakiety — zimą od listopada, gdy jest snieg i oblodzenie. Bez rakiet na oblodzonym terenie kije nie wystaracza i zejscie trwa dwa razy dluzej niz powinno.

Dlaczego nie idę wyciągiem

Kilka razy mnie o to pytano, bo przecież przy Szczyrku Centralnym działa gondola, która wjeżdża na Skrzyczne w kilka minut. Część turystów — nie narciarzy — korzysta z gondoli w górę, a schodzi pieszo. To skraca całe wyjście do około dwóch godzin zamiast sześciu-siedmiu.

Nie mam nic przeciwko temu wyborowi. Sam wchodzę pieszo, bo dla mnie to nie jest dowożenie się na punkt widokowy — to wyjście na górę. Podejście jest połową tego, po co idę. Zmęczenie mięśni na ostatnim odcinku, cisza lasu przez pierwsze dwie godziny, temperatura ciała rosnąca powoli razem z trasą, ślad własnych kroków w śniegu wracając w dół — tego gondola nie daje. Ale nie każdy musi chcieć tego samego co ja.

Jest też powód bardziej prozaiczny: gondola kosztuje. Nie dużo — coś około czterdziestu złotych w jedną stronę w sezonie, ceny sprawdzać trzeba aktualne — ale do ceny dochodzi kolejka przy kasie i tłum przy wejściu, a to właśnie tego chcę unikać. Za te pieniądze mam żurek w schronisku, dwie herbaty i wracam do domu.

Skrzyczne w marcu bywa inne niż w styczniu — łagodniejszy mróz, więcej ludzi na szlaku, inne warunki śniegowe i często pierwsze wiosenne kapuśniak w dolinie gdy na szczycie jeszcze zima. Jeśli macie w planach Beskid Śląski zimą i brakuje Wam górskiej przygody bez kolejek i kasetek narciarskich, Salmopolska Polana jest dobrym punktem startowym. Parking duży, dojazd z Bielska-Białej to trzydzieści minut, szlak prowadzi przez las. Tylko weźcie zapasowe rękawice.