Beskid Śląski — widok na łagodne grzbiety z letnią zielenią
Beskid Śląski

Stożek z Wisły — trasa, którą polecam każdej rodzinie

Stożek (978 m) to jeden z tych szczytów, na które wchodzi się bez specjalnych przygotowań — i właśnie dlatego jest tak dobry. Relacja z trasy z Wisły-Czarne.

W tym artykule (5)
  1. Start z Wisły-Czarne — parking i sklep pod rękę
  2. Dwie ławki, dwa odpoczynki i jeden mostek
  3. Schronisko PTTK na Stożku — pierogi i widok
  4. Zejście i wariant przez Kubalonkę
  5. Beskid Śląski, który jest zawsze za blisko

Zanim wyruszyłem ze swoim bratankiem na Stożek, byłem pewien, że to będzie za łatwe. Siedem lat, dużo energii, ale krótkie nogi — to połączenie potrafi zaskoczyć w każdą stronę. Wróciłem z przekonaniem, że Beskid Śląski jest poważnie niedoceniany, a Stożek to jedna z lepiej skrojonych tras familijnych w całych Beskidach. I że powinienem był tu z Szymonem pójść rok temu.

Stożek ma 978 metrów. Nie jest to szczyt, który robi wrażenie na papierze. Ale papier nie oddaje rzeczy ważniejszej: ta góra jest zrobiona z ludzką miarą. Nie ma tu odcinka, przy którym dziecko musiałoby się wspinać. Nie ma ekspozycji, przy której rodzic dostaje białych oczu. Jest las, jest ławka, jest schronisko z pierogami i wieżą widokową. To jest akurat tyle, ile potrzeba na dobry dzień.

Start z Wisły-Czarne — parking i sklep pod rękę

Wisła-Czarne to dzielnica Wisły od strony Cieszyna, mniej oblężona niż centrum. Parkowałem koło stadionu — ulica przy stadionie KS Wisła, bez opłat, bez biletomatów, bez limitów czasowych przynajmniej w sobotę rano. Miejsc jest sporo, choć przy ładnej niedzieli po dziesiątej może być ciasno. Przyjeżdżajcie do ósmej, jeśli jedziecie w wysokim sezonie.

Zanim weszliśmy na szlak, wpadłem do małego sklepu przy ulicy Spacerowej — znajdziecie go trzy minuty pieszo od parkingu, w kierunku centrum. Kanapki, napoje, batony dla dziecka na trasę. Nic wyszukanego, ale na doładowanie przed startem wystarczy w zupełności. Szymon wybrał sobie kanapkę z serem i baton czekoladowy, który zniknął jeszcze zanim wyszliśmy z miejscowości. Nie komentowałem.

Jeśli planujecie wcześniejszy wyjazd, sprawdźcie godziny otwarcia — w weekendy bywa otwarte od siódmej, ale nie zawsze. W alternatywie jest stacja benzynowa przy drodze głównej przez Wisłę, ale tam ceny są wyższe i wybór mniejszy.

Szlak startuje żółtym oznaczeniem z Wisły-Czarne w kierunku Stożka. Pierwsze pół godziny to droga leśna, dość szeroka, bez kamienistych podejść — idealna dla kogoś, kto dopiero wdraża się w górskie chodzenie. Teren jest spokojny, las mieszany, w maju pełen świeżej zieleni. Potem szlak żółty łączy się z zielonym i dalej prowadzi już wyraźniej pod górę, choć nigdy nie robi się stromo w sensie, który wymaga przystanków co dziesięć minut.

Dwie ławki, dwa odpoczynki i jeden mostek

Mam zwyczaj zapamiętywać miejsca do przerw — przydaje się, gdy towarzyszą mi osoby niekoniecznie nastawione na wyciszenie. Na tej trasie są dwie ławki, które sprawdzają się jako cele etapowe przy marszu z dziećmi.

Pierwsza stoi mniej więcej w połowie podejścia, w miejscu gdzie szlak wychodzi na chwilę z lasu i otwiera się widok na południe. Nie jest to żaden spektakl, ale po czterdziestu minutach marszu dobrze jest na chwilę usiąść i pokazać dziecku, skąd się wyszło. Stąd widać Wisłę w dolinie i pierwsze grzbiety po słowackiej stronie. Szymon powiedział: „a skąd wyszliśmy?” i przez chwilę naprawdę szukał parkingu wzrokiem. To jest ta geografia, którą lepiej przeżyć niż zobaczyć na mapce.

Druga ławka jest już wyżej, blisko grzbietu — tam robi się wiatr, a Szymon zaczął narzekać, że jest zimno. Miałem zapasową kurtkę. Mieć zapasową kurtkę dla dziecka — to jest rzecz, której się nauczyłem na tej trasie. Nie pierwsza lekcja, ale za każdym razem kosztuje mnie kilka minut szukania w plecaku.

Na dole szlaku, przed wejściem w las, przechodzi się przez drewniany mostek nad potokiem. Szymon chciał przy nim stać z dziesięć minut i patrzeć w wodę. Pozwoliłem. To były dobrze wydane dziesięć minut — i w praktyce jedyna chwila, gdy nie szedł naprzód. Resztę trasy szedł sam, bez narzekania na nogi. To mnie zaskoczyło najbardziej.

Na trasie do schroniska nie ma szczególnie trudnych odcinków, ale po ostatnim zakręcie przed halą jest kamienisty fragment — ze schodkami z okrąglaków — który wymaga uwagi przy mokrej pogodzie. Przy suchym dniu to nie jest problem nawet dla dziecka w zwykłych butach trekkingowych. Przy mokrym zalecam wolne tempo i trzymanie za rękę.

Schronisko PTTK na Stożku — pierogi i widok

Schronisko PTTK na Stożku stoi tuż pod szczytem. Drewniane, solidne, z dużą werandą — w słoneczny dzień można siedzieć na zewnątrz i patrzeć na Śląsk Cieszyński rozciągający się po horyzont. W środku ciepło, kilka drewnianych stołów, obsługa bez pośpiechu. W weekendy majowe może być kolejka do kasy, ale ruch jest przewidywalny i mija szybko.

Pierogi są domowe — nie z worka mrożonkowego, naprawdę. Ruskie i z kapustą i grzybami, porcja dla dorosłego to osiem sztuk, cena standardowa jak na schronisko — coś między dwudziestoma dwoma a dwudziestoma ośmioma złotymi za porcję, choć od mojej ostatniej wizyty mogło się zmienić o kilka złotych. Herbata z malinami dla Szymona była trafiona. Wypiłby drugą, ale stwierdziłem, że przy zejściu będziemy musieli zatrzymywać się przy tym mostku dłużej.

Na szczycie jest też wieża widokowa — bezpłatna, drewniana konstrukcja kilkanaście metrów od schroniska. Widok na trzy strony: na wschód Czantoria i głębiej Beskid Śląski, na zachód grzbiet graniczny z Czechami, na południe — przy dobrej pogodzie — Tatry. Przy gorszej, ale i tak ładnej — same Beskidy, co jest wystarczające i nie wymaga udawania, że rozczarowuje.

Szymon wszedł na wieżę trzy razy. Drugi raz po tym, jak zapomniał sprawdzić, czy widać Wisłę. Trzeci raz dlatego, że po prostu chciał wejść jeszcze raz. Pozwoliłem na trzy podejścia, po czym zaproponowałem zejście z argumentem pierogi na dole. Zadziałało.

Zejście i wariant przez Kubalonkę

Wróciłem tą samą trasą — zielonym i żółtym, z powrotem do Wisły-Czarne. Całość z przerwami zajęła nam nieco ponad cztery godziny. Sam marsz to gdzieś trzy godziny — godzina czterdzieści pięć w jedną stronę, bo Szymon chodził wolniej przy zejściu i przy mostku zatrzymaliśmy się ponownie, zgodnie z wcześniejszym planem.

Istnieje wariant zejścia zielonym szlakiem do Kubalonki — to przełęcz między Stożkiem a Czantorią, skąd można łapać transport powrotny lub kontynuować grzbietem dalej. Dla dorosłych, którzy chcą zrobić dłuższą pętlę i mają zaplanowany transport — ma sens. Dla familijnej wycieczki z dziećmi poniżej dziesiątego roku życia — nie ma po co komplikować. Droga jest długa, na Kubalonkę i tak trzeba się jeszcze jakoś dostać do samochodu w Wiśle, a dzieci przy zejściu mają tendencję do tracenia energii gwałtowniej niż się planuje.

Przy normalnym tempie:

  • Wisła-Czarne do schroniska — 1:30–2:00 h (z dzieckiem dolicz 30 min)
  • przerwa przy schronisku i na wieży — 45–60 min
  • zejście — nieco szybciej, 1:20–1:45 h
  • łącznie z przerwami — 4:00–5:00 h

To jest komfortowy wymiar na sobotni dzień, z wyjazdem o siódmej i powrotem przed drugą. Przy dobrej pogodzie mój ulubiony format.

Beskid Śląski, który jest zawsze za blisko

Znam ludzi ze Śląska i spod Bielska, którzy lecą w Tatry co roku, a na Stożku nie byli od podstawówki. Rozumiem to — Tatry robią wrażenie, Stożek nie zaskakuje niczym nagłym. Ale właśnie dlatego na Stożek można wejść trzy razy w roku i za każdym razem znaleźć coś innego. Raz z zimą — po świeżym śniegu szlak wygląda zupełnie inaczej. Raz wiosną, gdy las dopiero wypuszcza liście i powietrze jest inne. Raz jesienią, gdy buk żółknie i las staje się gęstym złotem.

Polska część Beskidu Śląskiego jest mocno niedoceniana, bo nie ma tu dramatycznych ścian ani ekspozycji. Jest za to dostępność, względna cisza poza wakacjami i infrastruktura, która działa — schronisko otwarte, szlaki oznakowane, parking bez stresu. Dla kogoś, kto chce zabrać dziecko na jego pierwszy szczyt, Stożek jest jednym z lepszych wyborów w promieniu godziny jazdy od Bielska lub Cieszyna. Nawet z Katowic to niecałe dwie godziny jazdy, co przy wyjściu o siódmej oznacza, że można być na szczycie przed jedenastą.

Szymon powiedział w drodze powrotnej, że chce wrócić i tym razem wejść na wieżę szybciej. Myślę, że wrócimy w maju. Może z Czantorią w planie, jeśli nogi dadzą radę — ale to już nie jest trasa dla familijnej wycieczki, to jest trasa dla kogoś, kto ma siedem lat i chce udowodnić, że daje radę. Nie wiem jeszcze, po czyjej stronie będę.

Jeśli planujecie Stożek po raz pierwszy z dzieckiem — jedna praktyczna rzecz: weźcie coś do zjedzenia dla niego w drodze, nie tylko na szczycie. Energetyczny dołek w połowie podejścia robi różnicę między entuzjazmem a narzekaniem. I nie przesadzajcie z tempem na początku — pierwsze pół godziny po płaskim kusi, żeby iść szybciej, ale dzieci potrzebują rezerwy na drugą godzinę. To tyle z moich doświadczeń z Szymonem i z poprzednich wycieczek.