Jesienne szczyty tatrzańskie pokryte pierwszym śniegiem
Refleksje sezonowe

Trasy roku 2025 — pięć wycieczek, które zostały mi w głowie

Subiektywna lista pięciu tras z 2025 roku, które pamiętam najwyraźniej — mimo że chodził je człowiek z budową domu w głowie.

W tym artykule (6)
  1. Luty: Pilsko z Marcinem przez świeży śnieg
  2. Kwiecień: Romanka w błocie i resztkach śniegu
  3. Czerwiec: Babia Góra z bratem od strony Zawoi
  4. Sierpień: Polana Štefánika — pierwsza słowacka wyprawa od lat
  5. Październik: Leskowiec z całą rodziną
  6. Czego z tych pięciu pamiętam najsilniej

Dwa noclegi w Demänovskiej Dolinie pozwoliły nam też zobaczyć okolice bez pośpiechu. Drugiego dnia poszliśmy krótką trasą przy Demänovskiej Jaskyni Slobody — nie wśród turystów zwiedzających jaskinię, tylko szlakiem nad nią, przez las. Córka pytała, czy jaskinia jest naprawdę wielka. Powiedziałem, że tak. Zapytała, czy można tam mieszkać. Powiedziałem, że kiedyś tak robiono. Uznała, że to fajny pomysł.

Październik: Leskowiec z całą rodziną

Leskowiec (922 m n.p.m.) w Beskidzie Małym to szczyt, na który chodzę z rodziną, gdy nie mamy ani czasu, ani siły na coś ambitniejszego — a mamy ochotę na góry. Październikowe wyjście było właśnie takie — sobota bez konkretnego planu, cztery godziny na całość, córka z nami, żona pierwszy raz od lata w górach. Wyjście spod kościółka w Andrychowie, szlak niebieski przez Groń Jana Pawła II, na Leskowiec i z powrotem.

Nie ma tu nic do odkrycia — Leskowiec jest jednym z najpopularniejszych szlaków okolicy. Przy ładnej pogodzie w październiku można spotkać dziesiątki rodzin z dziećmi, emerytów z kijkami Nordic Walking, grupy szkolne, pary z psami. Ale październikowy kolor buków na podejściu był tego dnia taki, że zatrzymywałem się co chwilę z aparatem. Złoto, brąz, resztka zieleni w dole doliny. Klasyczna polska jesień w górach, bez pretensji do czegokolwiek więcej.

Córka dobiegła na szczyt szybciej od nas — ma swoje siedem lat i górski szlak traktuje jak wyścig, z nami lub bez nas. Na ławce przed schroniskiem zjadła całą swoją kanapkę i połowę mojej. Żona zamówiła herbatę i siadła na słońcu bez telefonu przez kwadrans. Tak wygląda rodzinne wyjście na Leskowiec — nic skomplikowanego, nic ekstra, i dokładnie tyle co trzeba.

Leskowiec w Beskidzie Małym ma też tę właściwość, że jest łatwo dostępny dla mieszkańców całego Podbeskidzia. Nie potrzeba samochodu z boksikami ani wczesnego wstawania. Dojazd autobusem do Andrychowa, a stamtąd pieszo. Dlatego jest tu zawsze ktoś — ale też dlatego jest tu zawsze miła atmosfera miejsca, gdzie góry są dla wszystkich, a nie tylko dla ludzi ze specjalnym sprzętem.

Październikowe wyjście było ostatnim wyjściem całej rodziny w tym roku. W listopadzie córka dostała anginę, w grudniu ja miałem spotkanie z inspektorem budowlanym, które ciągnęło się przez pół weekendu. W tym roku rodzinne wyjścia ograniczyły się do dwóch: Leskowiec i Polana Štefánika. W 2026 planujemy więcej — ale plany są planami.

Czego z tych pięciu pamiętam najsilniej

Luty na Pilsku — cisza na Hali Lipowskiej i Marcin bez słowa na tym śniegu. Romanka w błocie — mokre getry i spokój szczytu bez żadnego widoku. Babia Góra z bratem — schronisko Markowe Szczawiny po zejściu i ta rozmowa o wychodzeniu częściej. Polana Štefánika — córka z jagodami i myśl, że następnym razem dłużej. Leskowiec — buczyna w październikowym złocie i skradziona połowa kanapki.

Każde z tych wyjść miało coś, czego nie zaplanowałem — i to właśnie zostaje najdłużej. Nie czas przejścia, nie widok z tarasu, nie ocena trudności szlaku. Zostaje moment, który był nieplanowany i przez to był prawdziwy.

Sezon 2026 zaczynam z założeniem, że budowa będzie już za mną. Mam plan na Niżne Tatry w maju — tym razem z noclegiem w chatce przy Chopoku. Na Babią Górę w czerwcu od słowackiej strony razem z bratem — bo obiecałem sobie, że nie będę czekać aż on zaproponuje. I kilka nowych tras w Beskidzie Śląskim, gdzie od jakiegoś czasu łażę rzadziej niż bym chciał. Może uda się coś z tych planów zrealizować. Piszę „może”, bo w 2025 też miałem plan i skończyło się na pięciu wyjazdach zamiast dwudziestu. W góry i tak pójdę. Sezon już się zaczął.

Romanka jest szczytem, który ma sens poza sezonem. W czerwcu i lipcu jest tu sporo ludzi — rodziny z Milówki i Żywca na krótkim wypadzie, czasem szkolne grupy. W kwietniu ta sama trasa jest prawie pusta. Jeśli szukacie spokojnej pory na Romankę — kwiecień albo październik, z odpowiednim sprzętem na warunki.

Czerwiec: Babia Góra z bratem od strony Zawoi

Na Babią Górę (1725 m n.p.m.) ze starszym bratem szliśmy od Zawoi — szlakiem niebieskim przez Przełęcz Brona, potem grzbietem czerwonym na Babią. Brat nie chodzi za często, ale daje radę — od kiedy skończył z papierosami rok wcześniej, kondycja wróciła. Dotarliśmy na szczyt w nieco ponad trzy godziny, przy spokojnym tempie z przerwami na fotografowanie.

Czerwiec na Babiej Górze to naprawdę ładny miesiąc. Kosodrzewina jest zielona i nie zasypana śniegiem, ruch mniejszy niż w sierpniu, a pogoda bywa stabilna w godzinach przedpołudniowych. Tego dnia mieliśmy szczęście — od południa na szczycie przez pół godziny było bezchmurnie i widoczność sięgała pewnie kilkudziesięciu kilometrów. Tatry Słowackie jak na dłoni — masyw Wysokich, a bliżej Niżne Tatry i grzbiety nad Demänovską Doliną. Robiłem zdjęcia wiedząc, że wychodzą złe, bo przy takich odległościach zawsze wychodzą złe, ale nie mogłem się powstrzymać.

Zapamiętałem tę trasę przez dwa powody. Pierwszy: zejście przez schronisko Markowe Szczawiny jest jednym z moich ulubionych zejść w Beskidzie Żywieckim — las, potok, schronisko z rządem ławek na zewnątrz, gdzie piło się piwo przy ostatnim świetle dnia. Drugi: brat przez całą drogę powrotną gadał o tym, że powinniśmy wychodzić razem częściej. Zgadzam się w stu procentach. Nie wychodzimy. Nie wiem, co z tym zrobić, bo w teorii planujemy, a w praktyce budowa wyciągnie w inną stronę.

Sierpień: Polana Štefánika — pierwsza słowacka wyprawa od lat

Niżne Tatry (słow. Nízke Tatry) odwiedziłem ostatni raz chyba ze trzy lata temu, więc sierpniowy wypad był jak powrót do miejsca, które pamiętasz fragmentami ale nie całościowo. Wyjazd z rodziną — żona, córka, dwie noce. Zatrzymaliśmy się w Demänovskiej Dolinie i pierwszego dnia po południu zrobiliśmy wejście na Polanę Štefánika ponad schroniskiem Trangoška.

Polana leży na wysokości około tysiąca czterech set metrów. Dojście z doliny zajmuje nieco ponad dwie godziny — trasa wzdłuż potoku, potem strome podejście przez las świerkowy, i nagle polana otwarta na masyw Chopoka. Latem bez śniegu, za to z trawą tak zieloną, że wygląda jak rozkładana mata. Siedzieliśmy tam może godzinę. Córka zbierała jagody z zarośli przy ścieżce i komentowała każdą znalezioną. Żona robiła zdjęcia szmaragdowej trawy. Ja piłem ostatnią kawę z termosu i myślałem, że następnym razem zostaniemy dłużej — może z noclegiem w chatce.

Słowacja w górach jest inna niż polska strona — chaty zamiast schronisk, mleczna zupa z gałuszkami zamiast żurku z jajkiem, mniejszy tłum na popularnych szlakach, inne tablice informacyjne, inne oznakowanie szlaków. Przekraczanie granicy ma sens choćby po to, żeby poczuć, jak ten sam masyw wygląda od drugiej strony. I żeby kupić sery przy drodze na Donovaly, bo te sery są o połowę tańsze niż na polskich jarmarkach regionalnych.

Dwa noclegi w Demänovskiej Dolinie pozwoliły nam też zobaczyć okolice bez pośpiechu. Drugiego dnia poszliśmy krótką trasą przy Demänovskiej Jaskyni Slobody — nie wśród turystów zwiedzających jaskinię, tylko szlakiem nad nią, przez las. Córka pytała, czy jaskinia jest naprawdę wielka. Powiedziałem, że tak. Zapytała, czy można tam mieszkać. Powiedziałem, że kiedyś tak robiono. Uznała, że to fajny pomysł.

Październik: Leskowiec z całą rodziną

Leskowiec (922 m n.p.m.) w Beskidzie Małym to szczyt, na który chodzę z rodziną, gdy nie mamy ani czasu, ani siły na coś ambitniejszego — a mamy ochotę na góry. Październikowe wyjście było właśnie takie — sobota bez konkretnego planu, cztery godziny na całość, córka z nami, żona pierwszy raz od lata w górach. Wyjście spod kościółka w Andrychowie, szlak niebieski przez Groń Jana Pawła II, na Leskowiec i z powrotem.

Nie ma tu nic do odkrycia — Leskowiec jest jednym z najpopularniejszych szlaków okolicy. Przy ładnej pogodzie w październiku można spotkać dziesiątki rodzin z dziećmi, emerytów z kijkami Nordic Walking, grupy szkolne, pary z psami. Ale październikowy kolor buków na podejściu był tego dnia taki, że zatrzymywałem się co chwilę z aparatem. Złoto, brąz, resztka zieleni w dole doliny. Klasyczna polska jesień w górach, bez pretensji do czegokolwiek więcej.

Córka dobiegła na szczyt szybciej od nas — ma swoje siedem lat i górski szlak traktuje jak wyścig, z nami lub bez nas. Na ławce przed schroniskiem zjadła całą swoją kanapkę i połowę mojej. Żona zamówiła herbatę i siadła na słońcu bez telefonu przez kwadrans. Tak wygląda rodzinne wyjście na Leskowiec — nic skomplikowanego, nic ekstra, i dokładnie tyle co trzeba.

Leskowiec w Beskidzie Małym ma też tę właściwość, że jest łatwo dostępny dla mieszkańców całego Podbeskidzia. Nie potrzeba samochodu z boksikami ani wczesnego wstawania. Dojazd autobusem do Andrychowa, a stamtąd pieszo. Dlatego jest tu zawsze ktoś — ale też dlatego jest tu zawsze miła atmosfera miejsca, gdzie góry są dla wszystkich, a nie tylko dla ludzi ze specjalnym sprzętem.

Październikowe wyjście było ostatnim wyjściem całej rodziny w tym roku. W listopadzie córka dostała anginę, w grudniu ja miałem spotkanie z inspektorem budowlanym, które ciągnęło się przez pół weekendu. W tym roku rodzinne wyjścia ograniczyły się do dwóch: Leskowiec i Polana Štefánika. W 2026 planujemy więcej — ale plany są planami.

Czego z tych pięciu pamiętam najsilniej

Luty na Pilsku — cisza na Hali Lipowskiej i Marcin bez słowa na tym śniegu. Romanka w błocie — mokre getry i spokój szczytu bez żadnego widoku. Babia Góra z bratem — schronisko Markowe Szczawiny po zejściu i ta rozmowa o wychodzeniu częściej. Polana Štefánika — córka z jagodami i myśl, że następnym razem dłużej. Leskowiec — buczyna w październikowym złocie i skradziona połowa kanapki.

Każde z tych wyjść miało coś, czego nie zaplanowałem — i to właśnie zostaje najdłużej. Nie czas przejścia, nie widok z tarasu, nie ocena trudności szlaku. Zostaje moment, który był nieplanowany i przez to był prawdziwy.

Sezon 2026 zaczynam z założeniem, że budowa będzie już za mną. Mam plan na Niżne Tatry w maju — tym razem z noclegiem w chatce przy Chopoku. Na Babią Górę w czerwcu od słowackiej strony razem z bratem — bo obiecałem sobie, że nie będę czekać aż on zaproponuje. I kilka nowych tras w Beskidzie Śląskim, gdzie od jakiegoś czasu łażę rzadziej niż bym chciał. Może uda się coś z tych planów zrealizować. Piszę „może”, bo w 2025 też miałem plan i skończyło się na pięciu wyjazdach zamiast dwudziestu. W góry i tak pójdę. Sezon już się zaczął.

To wyjście przypomniało mi też, że góry zimowe są inne dla każdego towarzysza trasy. Marcin jest z grupy osób, które normalnie wolą aktywność miejską i sport zamknięty — siłownię, rower stacjonarny. Dla niego sześć godzin na śniegu zimnej góry było doświadczeniem z innej kategorii niż zwykły weekend. Widziałem to po tym, jak szedł — z uwagą, jakiej nie widzę u ludzi przyzwyczajonych do gór. Każdy krok z namysłem. Każdy widok zatrzymany dłużej niż sekundę.

Kwiecień: Romanka w błocie i resztkach śniegu

Na Romankę (1366 m n.p.m.) wyszedłem sam, w połowie kwietnia. To był błąd w doborze daty — albo, zależnie od nastawienia, idealna decyzja. Szlak z Milówki miał warunki, które fotograficznie wyglądają fatalnie, ale chodzeniowo dają satysfakcję: pół metra ciężkiego, mokrego śniegu w wyższych partiach, pod spodem błoto wchłaniające każdy krok. Getry przemokły do połowy godziny. Buty suszyłem potem dwa dni.

Romanka jest szczytem, który lubię za to, że jest spokojny i bez zbędnej infrastruktury. Nie ma tu stacji narciarskiej, schroniska przy samym wierzchołku ani tablicy widokowej z podpisaną panoramą. Jest szczyt, krzyż, ławka i widok — latem na Pilsko, Babią Górę, przy dobrej widoczności słowackie Tatry Niżne. W kwietniu, z mgłą pełzającą od doliny, nie było nic z tego. Siedziałem na mokrej ławce i patrzyłem w szarą watę.

Ale ten brak miał swój spokój. Na szczycie byłem sam przez całe czterdzieści minut pobytu. Nikt nie przyszedł. Ptaki nie śpiewały, bo na tysiąc trzystu metrach kwiecień to jeszcze wczesna wiosna. Zjadłem kanapkę przy krzyżu, wypiłem kawę z termosu i zszedłem. Trzy godziny w jedną stronę, dwie z powrotem. Kwiecień w Beskidzie Żywieckim takim właśnie jest — kto tego nie wie, niech nie idzie bez getrów i bez zapasowych skarpet.

Romanka jest szczytem, który ma sens poza sezonem. W czerwcu i lipcu jest tu sporo ludzi — rodziny z Milówki i Żywca na krótkim wypadzie, czasem szkolne grupy. W kwietniu ta sama trasa jest prawie pusta. Jeśli szukacie spokojnej pory na Romankę — kwiecień albo październik, z odpowiednim sprzętem na warunki.

Czerwiec: Babia Góra z bratem od strony Zawoi

Na Babią Górę (1725 m n.p.m.) ze starszym bratem szliśmy od Zawoi — szlakiem niebieskim przez Przełęcz Brona, potem grzbietem czerwonym na Babią. Brat nie chodzi za często, ale daje radę — od kiedy skończył z papierosami rok wcześniej, kondycja wróciła. Dotarliśmy na szczyt w nieco ponad trzy godziny, przy spokojnym tempie z przerwami na fotografowanie.

Czerwiec na Babiej Górze to naprawdę ładny miesiąc. Kosodrzewina jest zielona i nie zasypana śniegiem, ruch mniejszy niż w sierpniu, a pogoda bywa stabilna w godzinach przedpołudniowych. Tego dnia mieliśmy szczęście — od południa na szczycie przez pół godziny było bezchmurnie i widoczność sięgała pewnie kilkudziesięciu kilometrów. Tatry Słowackie jak na dłoni — masyw Wysokich, a bliżej Niżne Tatry i grzbiety nad Demänovską Doliną. Robiłem zdjęcia wiedząc, że wychodzą złe, bo przy takich odległościach zawsze wychodzą złe, ale nie mogłem się powstrzymać.

Zapamiętałem tę trasę przez dwa powody. Pierwszy: zejście przez schronisko Markowe Szczawiny jest jednym z moich ulubionych zejść w Beskidzie Żywieckim — las, potok, schronisko z rządem ławek na zewnątrz, gdzie piło się piwo przy ostatnim świetle dnia. Drugi: brat przez całą drogę powrotną gadał o tym, że powinniśmy wychodzić razem częściej. Zgadzam się w stu procentach. Nie wychodzimy. Nie wiem, co z tym zrobić, bo w teorii planujemy, a w praktyce budowa wyciągnie w inną stronę.

Sierpień: Polana Štefánika — pierwsza słowacka wyprawa od lat

Niżne Tatry (słow. Nízke Tatry) odwiedziłem ostatni raz chyba ze trzy lata temu, więc sierpniowy wypad był jak powrót do miejsca, które pamiętasz fragmentami ale nie całościowo. Wyjazd z rodziną — żona, córka, dwie noce. Zatrzymaliśmy się w Demänovskiej Dolinie i pierwszego dnia po południu zrobiliśmy wejście na Polanę Štefánika ponad schroniskiem Trangoška.

Polana leży na wysokości około tysiąca czterech set metrów. Dojście z doliny zajmuje nieco ponad dwie godziny — trasa wzdłuż potoku, potem strome podejście przez las świerkowy, i nagle polana otwarta na masyw Chopoka. Latem bez śniegu, za to z trawą tak zieloną, że wygląda jak rozkładana mata. Siedzieliśmy tam może godzinę. Córka zbierała jagody z zarośli przy ścieżce i komentowała każdą znalezioną. Żona robiła zdjęcia szmaragdowej trawy. Ja piłem ostatnią kawę z termosu i myślałem, że następnym razem zostaniemy dłużej — może z noclegiem w chatce.

Słowacja w górach jest inna niż polska strona — chaty zamiast schronisk, mleczna zupa z gałuszkami zamiast żurku z jajkiem, mniejszy tłum na popularnych szlakach, inne tablice informacyjne, inne oznakowanie szlaków. Przekraczanie granicy ma sens choćby po to, żeby poczuć, jak ten sam masyw wygląda od drugiej strony. I żeby kupić sery przy drodze na Donovaly, bo te sery są o połowę tańsze niż na polskich jarmarkach regionalnych.

Dwa noclegi w Demänovskiej Dolinie pozwoliły nam też zobaczyć okolice bez pośpiechu. Drugiego dnia poszliśmy krótką trasą przy Demänovskiej Jaskyni Slobody — nie wśród turystów zwiedzających jaskinię, tylko szlakiem nad nią, przez las. Córka pytała, czy jaskinia jest naprawdę wielka. Powiedziałem, że tak. Zapytała, czy można tam mieszkać. Powiedziałem, że kiedyś tak robiono. Uznała, że to fajny pomysł.

Październik: Leskowiec z całą rodziną

Leskowiec (922 m n.p.m.) w Beskidzie Małym to szczyt, na który chodzę z rodziną, gdy nie mamy ani czasu, ani siły na coś ambitniejszego — a mamy ochotę na góry. Październikowe wyjście było właśnie takie — sobota bez konkretnego planu, cztery godziny na całość, córka z nami, żona pierwszy raz od lata w górach. Wyjście spod kościółka w Andrychowie, szlak niebieski przez Groń Jana Pawła II, na Leskowiec i z powrotem.

Nie ma tu nic do odkrycia — Leskowiec jest jednym z najpopularniejszych szlaków okolicy. Przy ładnej pogodzie w październiku można spotkać dziesiątki rodzin z dziećmi, emerytów z kijkami Nordic Walking, grupy szkolne, pary z psami. Ale październikowy kolor buków na podejściu był tego dnia taki, że zatrzymywałem się co chwilę z aparatem. Złoto, brąz, resztka zieleni w dole doliny. Klasyczna polska jesień w górach, bez pretensji do czegokolwiek więcej.

Córka dobiegła na szczyt szybciej od nas — ma swoje siedem lat i górski szlak traktuje jak wyścig, z nami lub bez nas. Na ławce przed schroniskiem zjadła całą swoją kanapkę i połowę mojej. Żona zamówiła herbatę i siadła na słońcu bez telefonu przez kwadrans. Tak wygląda rodzinne wyjście na Leskowiec — nic skomplikowanego, nic ekstra, i dokładnie tyle co trzeba.

Leskowiec w Beskidzie Małym ma też tę właściwość, że jest łatwo dostępny dla mieszkańców całego Podbeskidzia. Nie potrzeba samochodu z boksikami ani wczesnego wstawania. Dojazd autobusem do Andrychowa, a stamtąd pieszo. Dlatego jest tu zawsze ktoś — ale też dlatego jest tu zawsze miła atmosfera miejsca, gdzie góry są dla wszystkich, a nie tylko dla ludzi ze specjalnym sprzętem.

Październikowe wyjście było ostatnim wyjściem całej rodziny w tym roku. W listopadzie córka dostała anginę, w grudniu ja miałem spotkanie z inspektorem budowlanym, które ciągnęło się przez pół weekendu. W tym roku rodzinne wyjścia ograniczyły się do dwóch: Leskowiec i Polana Štefánika. W 2026 planujemy więcej — ale plany są planami.

Czego z tych pięciu pamiętam najsilniej

Luty na Pilsku — cisza na Hali Lipowskiej i Marcin bez słowa na tym śniegu. Romanka w błocie — mokre getry i spokój szczytu bez żadnego widoku. Babia Góra z bratem — schronisko Markowe Szczawiny po zejściu i ta rozmowa o wychodzeniu częściej. Polana Štefánika — córka z jagodami i myśl, że następnym razem dłużej. Leskowiec — buczyna w październikowym złocie i skradziona połowa kanapki.

Każde z tych wyjść miało coś, czego nie zaplanowałem — i to właśnie zostaje najdłużej. Nie czas przejścia, nie widok z tarasu, nie ocena trudności szlaku. Zostaje moment, który był nieplanowany i przez to był prawdziwy.

Sezon 2026 zaczynam z założeniem, że budowa będzie już za mną. Mam plan na Niżne Tatry w maju — tym razem z noclegiem w chatce przy Chopoku. Na Babią Górę w czerwcu od słowackiej strony razem z bratem — bo obiecałem sobie, że nie będę czekać aż on zaproponuje. I kilka nowych tras w Beskidzie Śląskim, gdzie od jakiegoś czasu łażę rzadziej niż bym chciał. Może uda się coś z tych planów zrealizować. Piszę „może”, bo w 2025 też miałem plan i skończyło się na pięciu wyjazdach zamiast dwudziestu. W góry i tak pójdę. Sezon już się zaczął.

Rok 2025 w górach był u mnie mało intensywny jak na moje standardy. Budowa domu robi swoje — w środku sezonu miałem tygodnie, kiedy nie wychodziłem w teren wcale, bo w sobotę murarz, w niedzielę hydraulik, a w środku tygodnia inspektor budowlany albo jakiś rachunek, który trzeba zapłacić przed terminem. Mimo to udało się zaliczyć kilkanaście wyjść — mniej niż planowałem, więcej niż się spodziewałem w połowie maja, gdy myślałem, że rok przepadnie zupełnie.

Z tych kilkunastu wyjść pięć zostało w głowie wyraźniej niż pozostałe. Nie dlatego, że były najtrudniejsze ani najdłuższe. Po prostu zostały — z jakiegoś konkretnego powodu, który przy każdej z nich jest inny. Oto te pięć, w chronologii roku.

Luty: Pilsko z Marcinem przez świeży śnieg

Pilsko w lutym to inne Pilsko niż w grudniu, o którym pisałem kilka dni temu. Lutowe wyjście z przyjacielem Marcinem było czymś, czego od jakiegoś czasu nie miałem — wyjście z kimś, kto chodzi rzadko, bo nie ma czasu, ale gdy już wychodzi, to z pełnym zaangażowaniem.

Wyszliśmy z Korbielowa o siódmej rano, gdy było jeszcze szaro i minus dwanaście. Śnieg na szlaku czerwonym miał z pół metra, nietkniętym nocą. Marcin pożałował, że nie wziął rakiet — ja miałem, on nie, i przez ostatni odcinek podchodziliśmy na zmianę, torując sobie nawzajem drogę. Szło powoli. Ale szło.

Zapamiętałem to wyjście głównie przez moment na Hali Lipowskiej — jest tam odkryta polana, z której w czystą pogodę widać Babią Górę po prawej i całą słowacką Orawę na południu. Marcin stanął na tym śniegu i przez chwilę obaj milczeliśmy. Nie dramatycznie, po prostu nie było co mówić. Takie miejsca są na tyle rzadkie, że po prostu się je zapamiętuje. Marcin powiedział potem w schronisku, że to najpiękniejszy widok jaki widział w Polsce. Nie wiem, czy miał rację — ale wiem, że w tym momencie tak to wyglądało.

Wróciliśmy po zmroku. Zejście w ciemności i mrozie, z latarkami, przez ten sam las — zupełnie inne doświadczenie niż podejście w szarym świetle. Marcin mówił, że następnym razem weźmie rakiety. Mam nadzieję, że będzie kolejny raz.

To wyjście przypomniało mi też, że góry zimowe są inne dla każdego towarzysza trasy. Marcin jest z grupy osób, które normalnie wolą aktywność miejską i sport zamknięty — siłownię, rower stacjonarny. Dla niego sześć godzin na śniegu zimnej góry było doświadczeniem z innej kategorii niż zwykły weekend. Widziałem to po tym, jak szedł — z uwagą, jakiej nie widzę u ludzi przyzwyczajonych do gór. Każdy krok z namysłem. Każdy widok zatrzymany dłużej niż sekundę.

Kwiecień: Romanka w błocie i resztkach śniegu

Na Romankę (1366 m n.p.m.) wyszedłem sam, w połowie kwietnia. To był błąd w doborze daty — albo, zależnie od nastawienia, idealna decyzja. Szlak z Milówki miał warunki, które fotograficznie wyglądają fatalnie, ale chodzeniowo dają satysfakcję: pół metra ciężkiego, mokrego śniegu w wyższych partiach, pod spodem błoto wchłaniające każdy krok. Getry przemokły do połowy godziny. Buty suszyłem potem dwa dni.

Romanka jest szczytem, który lubię za to, że jest spokojny i bez zbędnej infrastruktury. Nie ma tu stacji narciarskiej, schroniska przy samym wierzchołku ani tablicy widokowej z podpisaną panoramą. Jest szczyt, krzyż, ławka i widok — latem na Pilsko, Babią Górę, przy dobrej widoczności słowackie Tatry Niżne. W kwietniu, z mgłą pełzającą od doliny, nie było nic z tego. Siedziałem na mokrej ławce i patrzyłem w szarą watę.

Ale ten brak miał swój spokój. Na szczycie byłem sam przez całe czterdzieści minut pobytu. Nikt nie przyszedł. Ptaki nie śpiewały, bo na tysiąc trzystu metrach kwiecień to jeszcze wczesna wiosna. Zjadłem kanapkę przy krzyżu, wypiłem kawę z termosu i zszedłem. Trzy godziny w jedną stronę, dwie z powrotem. Kwiecień w Beskidzie Żywieckim takim właśnie jest — kto tego nie wie, niech nie idzie bez getrów i bez zapasowych skarpet.

Romanka jest szczytem, który ma sens poza sezonem. W czerwcu i lipcu jest tu sporo ludzi — rodziny z Milówki i Żywca na krótkim wypadzie, czasem szkolne grupy. W kwietniu ta sama trasa jest prawie pusta. Jeśli szukacie spokojnej pory na Romankę — kwiecień albo październik, z odpowiednim sprzętem na warunki.

Czerwiec: Babia Góra z bratem od strony Zawoi

Na Babią Górę (1725 m n.p.m.) ze starszym bratem szliśmy od Zawoi — szlakiem niebieskim przez Przełęcz Brona, potem grzbietem czerwonym na Babią. Brat nie chodzi za często, ale daje radę — od kiedy skończył z papierosami rok wcześniej, kondycja wróciła. Dotarliśmy na szczyt w nieco ponad trzy godziny, przy spokojnym tempie z przerwami na fotografowanie.

Czerwiec na Babiej Górze to naprawdę ładny miesiąc. Kosodrzewina jest zielona i nie zasypana śniegiem, ruch mniejszy niż w sierpniu, a pogoda bywa stabilna w godzinach przedpołudniowych. Tego dnia mieliśmy szczęście — od południa na szczycie przez pół godziny było bezchmurnie i widoczność sięgała pewnie kilkudziesięciu kilometrów. Tatry Słowackie jak na dłoni — masyw Wysokich, a bliżej Niżne Tatry i grzbiety nad Demänovską Doliną. Robiłem zdjęcia wiedząc, że wychodzą złe, bo przy takich odległościach zawsze wychodzą złe, ale nie mogłem się powstrzymać.

Zapamiętałem tę trasę przez dwa powody. Pierwszy: zejście przez schronisko Markowe Szczawiny jest jednym z moich ulubionych zejść w Beskidzie Żywieckim — las, potok, schronisko z rządem ławek na zewnątrz, gdzie piło się piwo przy ostatnim świetle dnia. Drugi: brat przez całą drogę powrotną gadał o tym, że powinniśmy wychodzić razem częściej. Zgadzam się w stu procentach. Nie wychodzimy. Nie wiem, co z tym zrobić, bo w teorii planujemy, a w praktyce budowa wyciągnie w inną stronę.

Sierpień: Polana Štefánika — pierwsza słowacka wyprawa od lat

Niżne Tatry (słow. Nízke Tatry) odwiedziłem ostatni raz chyba ze trzy lata temu, więc sierpniowy wypad był jak powrót do miejsca, które pamiętasz fragmentami ale nie całościowo. Wyjazd z rodziną — żona, córka, dwie noce. Zatrzymaliśmy się w Demänovskiej Dolinie i pierwszego dnia po południu zrobiliśmy wejście na Polanę Štefánika ponad schroniskiem Trangoška.

Polana leży na wysokości około tysiąca czterech set metrów. Dojście z doliny zajmuje nieco ponad dwie godziny — trasa wzdłuż potoku, potem strome podejście przez las świerkowy, i nagle polana otwarta na masyw Chopoka. Latem bez śniegu, za to z trawą tak zieloną, że wygląda jak rozkładana mata. Siedzieliśmy tam może godzinę. Córka zbierała jagody z zarośli przy ścieżce i komentowała każdą znalezioną. Żona robiła zdjęcia szmaragdowej trawy. Ja piłem ostatnią kawę z termosu i myślałem, że następnym razem zostaniemy dłużej — może z noclegiem w chatce.

Słowacja w górach jest inna niż polska strona — chaty zamiast schronisk, mleczna zupa z gałuszkami zamiast żurku z jajkiem, mniejszy tłum na popularnych szlakach, inne tablice informacyjne, inne oznakowanie szlaków. Przekraczanie granicy ma sens choćby po to, żeby poczuć, jak ten sam masyw wygląda od drugiej strony. I żeby kupić sery przy drodze na Donovaly, bo te sery są o połowę tańsze niż na polskich jarmarkach regionalnych.

Dwa noclegi w Demänovskiej Dolinie pozwoliły nam też zobaczyć okolice bez pośpiechu. Drugiego dnia poszliśmy krótką trasą przy Demänovskiej Jaskyni Slobody — nie wśród turystów zwiedzających jaskinię, tylko szlakiem nad nią, przez las. Córka pytała, czy jaskinia jest naprawdę wielka. Powiedziałem, że tak. Zapytała, czy można tam mieszkać. Powiedziałem, że kiedyś tak robiono. Uznała, że to fajny pomysł.

Październik: Leskowiec z całą rodziną

Leskowiec (922 m n.p.m.) w Beskidzie Małym to szczyt, na który chodzę z rodziną, gdy nie mamy ani czasu, ani siły na coś ambitniejszego — a mamy ochotę na góry. Październikowe wyjście było właśnie takie — sobota bez konkretnego planu, cztery godziny na całość, córka z nami, żona pierwszy raz od lata w górach. Wyjście spod kościółka w Andrychowie, szlak niebieski przez Groń Jana Pawła II, na Leskowiec i z powrotem.

Nie ma tu nic do odkrycia — Leskowiec jest jednym z najpopularniejszych szlaków okolicy. Przy ładnej pogodzie w październiku można spotkać dziesiątki rodzin z dziećmi, emerytów z kijkami Nordic Walking, grupy szkolne, pary z psami. Ale październikowy kolor buków na podejściu był tego dnia taki, że zatrzymywałem się co chwilę z aparatem. Złoto, brąz, resztka zieleni w dole doliny. Klasyczna polska jesień w górach, bez pretensji do czegokolwiek więcej.

Córka dobiegła na szczyt szybciej od nas — ma swoje siedem lat i górski szlak traktuje jak wyścig, z nami lub bez nas. Na ławce przed schroniskiem zjadła całą swoją kanapkę i połowę mojej. Żona zamówiła herbatę i siadła na słońcu bez telefonu przez kwadrans. Tak wygląda rodzinne wyjście na Leskowiec — nic skomplikowanego, nic ekstra, i dokładnie tyle co trzeba.

Leskowiec w Beskidzie Małym ma też tę właściwość, że jest łatwo dostępny dla mieszkańców całego Podbeskidzia. Nie potrzeba samochodu z boksikami ani wczesnego wstawania. Dojazd autobusem do Andrychowa, a stamtąd pieszo. Dlatego jest tu zawsze ktoś — ale też dlatego jest tu zawsze miła atmosfera miejsca, gdzie góry są dla wszystkich, a nie tylko dla ludzi ze specjalnym sprzętem.

Październikowe wyjście było ostatnim wyjściem całej rodziny w tym roku. W listopadzie córka dostała anginę, w grudniu ja miałem spotkanie z inspektorem budowlanym, które ciągnęło się przez pół weekendu. W tym roku rodzinne wyjścia ograniczyły się do dwóch: Leskowiec i Polana Štefánika. W 2026 planujemy więcej — ale plany są planami.

Czego z tych pięciu pamiętam najsilniej

Luty na Pilsku — cisza na Hali Lipowskiej i Marcin bez słowa na tym śniegu. Romanka w błocie — mokre getry i spokój szczytu bez żadnego widoku. Babia Góra z bratem — schronisko Markowe Szczawiny po zejściu i ta rozmowa o wychodzeniu częściej. Polana Štefánika — córka z jagodami i myśl, że następnym razem dłużej. Leskowiec — buczyna w październikowym złocie i skradziona połowa kanapki.

Każde z tych wyjść miało coś, czego nie zaplanowałem — i to właśnie zostaje najdłużej. Nie czas przejścia, nie widok z tarasu, nie ocena trudności szlaku. Zostaje moment, który był nieplanowany i przez to był prawdziwy.

Sezon 2026 zaczynam z założeniem, że budowa będzie już za mną. Mam plan na Niżne Tatry w maju — tym razem z noclegiem w chatce przy Chopoku. Na Babią Górę w czerwcu od słowackiej strony razem z bratem — bo obiecałem sobie, że nie będę czekać aż on zaproponuje. I kilka nowych tras w Beskidzie Śląskim, gdzie od jakiegoś czasu łażę rzadziej niż bym chciał. Może uda się coś z tych planów zrealizować. Piszę „może”, bo w 2025 też miałem plan i skończyło się na pięciu wyjazdach zamiast dwudziestu. W góry i tak pójdę. Sezon już się zaczął.