Buty trekkingowe na szlaku górskim
Sprzęt

Buty trekkingowe vs. trail-runnery — kiedy które wybieram

Mam dwie pary butów i przez lata nauczyłem się, kiedy które zakładać. Kilka wniosków — w tym jeden, który mnie samego zaskoczył.

W tym artykule (5)
  1. Kiedy wybieram klasyczne buty trekkingowe
  2. Kiedy wybieram trail-runnery
  3. Plusy, minusy i cena vs trwałość
  4. Jeden błąd, który zrobiłem i co z tego wynikło
  5. Konserwacja i żywotność — co faktycznie robi różnicę

Mam dwie aktywne pary butów górskich. Jedną — klasyczne wysokie buty trekkingowe z membraną Gore-Tex, coś w stylu Salomona Quest 4 GTX albo Lowy Renegade GTX Mid, choć nie chcę tu robić reklamy konkretnym modelom. Drugie — niskie trail-runnery z membraną, lekkie, szybkie, bardziej buty biegowe niż klasyczne górskie. Przez lata nauczyłem się, kiedy które zakładam — i mam kilka wniosków, które mnie samego zaskoczyły po drodze.

Zanim komukolwiek zacznie się wydawać, że to zakupowy nadmiar — nie jest. Każda z tych par ma swoje wyraźne zastosowanie i w połowie sytuacji górskich nie wyobrażam sobie drugiej opcji. Zastanawiałem się kiedyś, czy nie da się jedną parą, i przez dwa sezony próbowałem. Nie da się. Przynajmniej przy tym, jak i gdzie chodzę.

Kiedy wybieram klasyczne buty trekkingowe

Zimowe i wczesnowiosenne Beskidy — zawsze klasyki. Grudzień, styczeń, luty, część marca i listopada. Śnieg, lód, przymarzające błoto, nieprzewidywalna pokrywa. Gore-Tex w zimnie wytrzymuje lepiej, wysoka cholewka przy drepcie przez zaspy to nie luksus, a konieczność. Trail-runnery mają niższą cholewkę i przy głębszym śniegu po prostu nabierają wody od góry — wystarczy wejść w coś po kostce i membrana przestaje działać tak jak powinna.

Wiosenne i jesienne błoto — tu też wybieram wysokie. Hala Pawlusia w marcu albo zejście z Pilska w październiku po deszczu — to są warunki, gdzie niska cholewka wyda się po godzinie złą decyzją. Przy wiosennym błocie dochodzę jeszcze z stuptutem na goleni — może to wygląda śmiesznie, ale kombinacja wysoki but plus stuptut kosztuje zero sekund przykrości i zero energii na martwienie się o mokre skarpety przez kolejne dwie godziny zejścia.

Długi grzbiet z ciężkim plecakiem — od jakichś 12 kilogramów w górę, szczególnie jeśli to więcej niż jeden dzień, klasyki wygrywają przez stabilizację kostki. Trail-runnery rozłożą obciążenie na stopę inaczej i przez jeden dzień mogą być lepsze. Przez dwa dni z 15-kilogramowym plecakiem niska cholewka zacznie dawać znać o sobie. Przekonałem się o tym raz za mocno — drugi dzień trawersowania grzbietu z ciężkim bagażem w trailach skończył się obolałą kostką na zejściu. Nie kontuzją, ale ostrzeżeniem. Trzeci dzień byłby już kontuzją.

Podejścia techniczne z eksponowanymi odcinkami — też klasyki. Sztywna podeszwa jest tu sprzymierzeńcem, bo na skałkach i twardym podłożu masz pewniejszy punkt kontaktu niż z miękką podeszwą trail-runnera. Nie mówię o wspinaczce — na to są zupełnie inne buty. Ale na Dumbierze zimą czy na zaśnieżonych skałkach na grzbiecie Baraniej Góry preferuję pewność twardej podeszwy.

Kiedy wybieram trail-runnery

Krótkie letnie wyjścia — to ich terytorium. Suche Beskidy w lipcu albo sierpniu, wyjście po pracy na Klimczok albo Magurę Wilkowicką, trasa na dwie, trzy godziny bez nocowania. Trail-runnery są lżejsze o kilkaset gramów, lepiej oddychają w cieple, a na suchych kamienistych ścieżkach mają przyczepność co najmniej porównywalną do klasycznych modeli. Wracam szybciej, mniej się pocę, nogi mniej zmęczone przez sam but. Po letnim wyjściu w trailach stopy czuję się lepiej niż po tym samym czasie w klasykach.

Szybkie wypady po pracy — tu w ogóle nie ma dyskusji. Dwie, dwie i pół godziny, lekki plecak, dobra pogoda. Trail-runy wychodzą z auta gotowe, zakłada się je na parkingu w dwie minuty. Klasyczne buty wymagają sznurowania, dopasowania, są sztywniejsze przez pierwsze trzydzieści minut rozgrzewki. W krótkim wypadzie ta różnica jest czuć na nogach i psychicznie.

Trasy biegowe i szybkie przejścia grzbietowe bez bagażu — trail-runnery sprawdzają się tu najlepiej. Nie biegam górami w klasycznym sensie, ale tempo nieco szybsze niż marsz, bez zatrzymywania się, na suchym lecie — tu właśnie są zaprojektowane.

Co mnie trochę zaskoczyło — po paru latach intensywnego używania obydwu par — to że trail-runnery lepiej rozkładają obciążenie na całą stopę przy normalnym chodzie po płaskim lub łagodnym terenie. Klasyczne buty ze sztywną podeszwą przenoszą uderzenie na piętę i śródstopie. Trail-runy pracują bardziej naturalnie, stopa aktywuje się przez cały krok. Na długich łatwych odcinkach czuję to pod wieczór w mniejszym zmęczeniu stopy i mniejszej sztywności łydek. Nie spodziewałem się, że to będzie aż tak wyraźne.

Plusy, minusy i cena vs trwałość

Trail-runnery kosztują mnie zazwyczaj w okolicach 600-800 złotych za dobrą parę. Przy regularnym użytkowaniu — dwa, trzy wyjścia miesięcznie — wytrzymują jakieś tysiąc kilometrów. Potem bieżnik jest do wymiany, membrana zaczyna łapać wilgoć nawet po konserwacji. Dwa lata użytkowania, może trzy, jeśli używam ich tylko latem i tylko w dobrej pogodzie.

Klasyczne buty trekkingowe — tu inwestycja wyższa, 900-1300 złotych za dobry model z solidną cholewką i membraną GTX. Ale trwałość inna. Moje obecne klasyki mają ponad dwa i pół roku regularnego użytku i wymieniałem w nich jedną wkładkę oraz oddałem raz do szewca na doszycie noska. Membrana trzyma, cholewka bez pęknięć, podeszwa niezużyta na serio. Jeśli ktoś chodzi góry przede wszystkim zimą i wiosną, przez trzy lata klasyk daje lepszy stosunek ceny do trwałości.

Jeden minus klasycznych butów, o którym rzadko ktoś pisze: są cięższe i przez pierwsze kilka godzin każdej pary ciągną nogi bardziej niż trail-runnery. Ten efekt znika po rozbiciu, ale rozbiecie dobrego klasyka to niekiedy tydzień dyskomfortu na krótkich wyjściach. Trail-runnery zazwyczaj dobre od razu — albo przynajmniej po jednym wyjściu.

Minusem trail-runnerów jest to, co wspominałem przy ciężkim plecaku — brak wsparcia kostki. Na płaskim i umiarkowanym terenie bez obciążenia to nie ma znaczenia. Przy bagażu i stromych zejściach na mokrym gruncie ma znaczenie ogromne.

Jeden błąd, który zrobiłem i co z tego wynikło

Przez jeden sezon próbowałem chodzić tylko w trail-runnerach. Miałem argument, że to lżejsze, zdrowsze dla stopy, nowocześniejsze. Przez lato i wczesną jesień — w porządku. Problem pojawił się na pierwszym dłuższym wyjściu z noclegiem, z plecakiem 14 kilogramów, przez dwa dni. Pod koniec drugiego dnia miałem obolałe obie kostki, zwykłe zmęczenie wzmocnione przez brak podparcia przy zejściach. Nie kontuzja, ale wyraźny sygnał, że coś jest nie tak.

Wróciłem do klasycznych butów na wyjścia z bagażem i od tamtej pory nie miałem podobnego problemu. Wniosek prosty, choć niezbyt romantyczny: sprzęt dostosowany do warunków to nie kapitulacja przed nowoczesnym ultralight-owym podejściem. To po prostu zdrowy rozsądek.

W następnym poście trochę inny temat — mapa offline w telefonie i to, jak nie skończyć z pustą baterią i bez orientacji. Bo to też ważna część dobrego wyjścia.

Przez jakiś czas próbowałem kupować tylko jeden model butów i używać go do wszystkiego. Logika była taka: mniej wydatków, mniej decyzji, jeden but do opanowania. Przez dwa sezony próbowałem. Przez jeden sezon chodziłem tylko w klasykach — letnie wyjścia robiły mi krzywdę przez upał i ciężar. Przez drugi sezon tylko w trailach — pierwszy dłuższy wyjazd z bagażem udowodnił mi, że to błąd. Dwie pary to nie zbyteczność, to dwie różne narzędzia do różnych zadań.

Membrana Gore-Tex w butach trekkingowych — jeden komentarz, bo pojawia się dużo pytań. Membrana działa, ale nie jest wieczna. Po jakichś pięciuset godzinach chodzenia w wodzie i błocie zaczyna tracić szczelność. Impregnacja DWR na zewnętrznym materiale jest decydująca — bez niej woda nasiąka w materiał, chłodzi, przesiąka do membrany i ta przestaje działać. Regularnie impregnuję oba modele butów. Nie jest to coś skomplikowanego — spray z Decathlonu za kilkanaście złotych i pięć minut pracy.

Jak wygląda to w praktyce w ciągu roku: od marca do maja — prawie zawsze klasyki, bo błoto i zmienne warunki. Czerwiec i lipiec — trail-runnery dominują, chyba że planowany nocleg z bagażem. Sierpień i wrzesień — zależy od trasy i bagażu. Październik i listopad — znowu klasyki, bo warunki wracają do marcowych. Grudzień do lutego — klasyki zawsze, bez dyskusji.

Gdzie kupuję — nie będę tu robić rankingu sklepów, bo zależy od promocji i stanu magazynowego. Ale jeden praktyczny tip: buty trekkingowe powinno się przymierzać z grubymi skarpetami, jakimi się faktycznie chodzi w górach, nie z cienką stopką sklepową. I najlepiej pod koniec dnia, kiedy stopa jest trochę opuchnięta po chodzeniu — wtedy lepiej poczujesz, czy jest za ciasno. Klasyki, które kupowałem rano i wydawały się dobre, po pięciu godzinach na szlaku okazywały się ciasne przy palcach. Nauczyłem się tego na własnej stopie.

Konserwacja i żywotność — co faktycznie robi różnicę

Buty trekkingowe wymagają konserwacji, żeby służyły te dwa-trzy lata. Regularnie impregnuję oba modele — spray DWR nakładany po wypraniu buta i wysuszeniu. Częstotliwość zależy od używania: przy intensywnym sezonie co miesiąc, przy rzadszym używaniu dwa razy na sezon. Impregnacja sprawia, że woda perli się na materiale zamiast nasiąkać, co wydłuża żywotność membrany i utrzymuje but lekkim pod deszczem.

Trail-runnery też można impregnować, choć robi to rzadziej ze względu na ich krótszą żywotność ogólną. Bardziej istotna w ich wypadku jest wkładka — wymieniam ją zazwyczaj co sezon, bo wkładki fabryczne w trailach są cienkie i tracą właściwości amortyzujące szybciej niż zewnętrzny materiał. Dobra wkładka aftermarket — Superfeet albo coś podobnego, 80-120 zł — przedłuża komfort chodzenia o kolejne kilkaset kilometrów.

Pranie: oba modele piorę ręcznie letnią wodą z miękką szczotką. Bez pralki, bez środków do prania (uszkadzają membrany). Suszyć w temperaturze pokojowej, nie przy kaloryferze, nie na słońcu. To też wpływa na trwałość — widziałem buty zniszczone przez agresywne suszenie przy piecu po mokrym dniu na szlaku. Dobre buty górskie wymagają traktowania jak sprzęt, nie jak zwykłe trampki.

Podsumowując mój wybór na nadchodzący sezon: maj z błotem i zmienną pogodą — klasyki. Czerwiec do września suche, krótkie trasy — trail-runy. Październik w dół — klasyki z powrotem. Prosto i bez filozofii.