Skarpetki trekkingowe na tle sprzętu turystycznego
Sprzęt

Skarpetki górskie po dwóch sezonach — co zostało, co poszło do śmieci

Dwa sezony, pięć par, różne marki — co przetrwało, co się rozdarło na piętach i dlaczego merino bije syntetyk w górach.

W tym artykule (5)
  1. Bridgedale Trailblaze Mid — umarły z honorem
  2. Smartwool Hike Light Crew — żyją do dziś
  3. Inov-8 Trailfly Mid — za specjalistyczne do trekkingu
  4. Decathlon Quechua i ALDI — lekcja z końca szafy
  5. Merino kontra syntetyk — moja strona

Wczoraj wyrzuciłem ostatnią parę z 2023. Bridgedale Trailblaze Mid, które miały przeżyć wszystko — przeżyły dwa sezony, a potem dostały dziury na obu piętach niemal jednocześnie, jakby się umówiły. Skończyły za śmietnikiem na parkingu pod Pilskiem, bo zabrałem je na ostatnie wyjście i wróciłem z wilgotną skarpetą po prawej stronie, w której czułem chłód przy zejściu. Okazja, żeby napisać co zostało z pięciu par, które miałem i testowałem w terenie przez dwa sezony.

Uprzedzam: nie piszę tabelek. Nie mam dla Was porównania punktowego ani skali od jednego do dziesięciu. Mam za to dwa pełne sezony w Beskidach, jedno dłuższe wyjście w Tatry Niżne od strony Demänovskiej Doliny i kilkanaście zimowych tras w różnych temperaturach. I mam własne stopy, które są wymagające — szeroka przodostopie, problematyczna pięta prawa, nawracające obtarcia przy długich zejściach powyżej sześciu godzin.

Rotowałem pary — nie każda szła na każde wyjście. Bridgedale były na ciężkie zimowe trasy, Smartwool na letnie podejścia przy upale, Inov-8 na wyjścia szybkie i bez dużego plecaka. Tańsze pary od Quechua i ALDI dostawały rolę zastępczą — gdy inne były w praniu albo gdy zabrałem je ze sobą przypadkowo zamiast własnych. To uczciwe testowanie: każda para w swoich warunkach, nie na siłę w każdych.

Bridgedale Trailblaze Mid — umarły z honorem

Bridgedale Trailblaze to para, w której merino i syntetyk są wymieszane w proporcji mniej więcej pół na pół. Producent chwali sobie trwałość — i do pewnego momentu miał rację. Przez pierwszy sezon te skarpety chodziły po wszystkim bez narzekania. Poduszka na podeszwie trzymała się dobrze, kształt zachowywał po praniu w zimnej wodzie, zapach był akceptowalny nawet po całodniowym wyjściu z sześciu godzin. Na Pilsko, Babią Górę, kilka tras w Tatrach Niżnych — działały wszędzie.

Problem pojawił się na początku drugiego sezonu: pięty. Bridgedale używa wzmocnionego materiału na czubku i pięcie — widać to wyraźnie po strukturze skarpety, bo wzmocniony fragment jest grubszy i twardszy niż reszta. Po intensywnym użytkowaniu — a moje wyjścia to często sześć-osiem godzin dziennie z dużym plecakiem — ten wzmocniony materiał zaczął ścierać się szybciej niż zwykła tkanina wokół niego. Stwardniały fragment tarł o but inaczej niż miękka część, i właśnie na granicy między nimi zaczęło się ścieranie.

Dziura na prawej pięcie zrobiła się po siedemnastu miesiącach. Na lewej po dziewiętnastu. Odprowadziłem je z szacunkiem i bez żalu. Cena nowej pary: około sześćdziesiąt złotych. Za dwa sezony — akceptowalne. Szacuję, że miały ze sto pięćdziesiąt dni aktywnego chodzenia — licząc razem wyjścia krótkie i długie. Trzydzieści groszy za dzień. Kupię kolejne w sezonie letnim, choć Bridgedale zmieniło skład materiałowy w ostatnich seriach i chcę sprawdzić, czy nowa wersja trzyma tak samo.

Smartwool Hike Light Crew — żyją do dziś

Smartwool Hike Light Crew to jedyne z pięciu par, które nadal są w mojej szafie w stanie używalnym. Kupiłem je jako lżejszą opcję na wyjścia przy wyższych temperaturach — maj, czerwiec, wrzesień, gdy na podejściu jest za ciepło na grubsze skarpety i nogi potrzebują więcej cyrkulacji. Mają niższe wyprofilowanie niż Bridgedale — cieńszy materiał, mniej poduszki, mniej wzmocnień w strefie pięty i podeszwy.

I właśnie dlatego trzymają się dłużej — mniej materiału, mniej do starcia. Brzmi jak paradoks, ale większość skarpet trekkingowych rozchodzi się na wzmocnieniach, nie na cienkiej tkaninie. W Smartwoolu te granice między materiałami są łagodne, bez twardych przejść. Nie ma wyraźnego szwu między strefą wzmocnioną a nie, gdzie tkanina zwykle zaczyna podwójnie się ścierać od obu stron granicy.

Jedyne zastrzeżenie: przy temperaturze poniżej minus pięciu są za cienkie do długich zimowych wyjść. Na Skrzyczne w grudniu wziąłem je raz i przez ostatnie dwie godziny odczuwałem zimno w palcach. Nie niebezpiecznie, ale wyraźnie — stopy sygnalizowały, że coś jest nie tak, że temperatura przez skarpetę jest niewystarczająca. Od tej pory Smartwoole zostają w domu, gdy temperatura spada poniżej zera.

Kosztowały osiemdziesiąt pięć złotych. Dwa sezony użytkowania, prawdopodobnie wytrzymają trzeci. Robię z nimi pranie w zimnej wodzie, wełniany program, suszę na płasko poziomo — nie wieszam pionowo, bo merino mokre jest ciężkie i ciągnie do rozciągnięcia. Co kilka tygodni, nie po każdym wyjściu, bo zbyt częste pranie merino też mu szkodzi.

Inov-8 Trailfly Mid — za specjalistyczne do trekkingu

Inov-8 Trailfly Mid kupiłem z ciekawości — marka kojarzy mi się z bieganiem terenowym, a chciałem zobaczyć, jak ich skarpetki zachowują się na dłuższych górskich wyjściach z pełnym plecakiem. Odpowiedź po dwóch sezonach: dobrze na szybkie wyjścia do trzech godzin, gorzej na całodniowe trekkingowe.

Na intensywnym podejściu, gdy się poci i temperatura buta rośnie, Inov-8 odprowadzają wilgoć sprawnie — lepiej niż Bridgedale w upale i porównywalnie do Smartwoola. To zaleta materiałów projektowanych z myślą o bieganiu terenowym, gdzie noga nagrzewa się szybko i mocno. Ale przy dłuższych wyjściach z ciężkim plecakiem skarpety z myślą o bieganiu kompresją naciskają na stopę inaczej niż standardowe trekkingowe — i po jakichś pięciu godzinach zaczynałem to odczuwać pod palcami. Nie ból, ale rosnący dyskomfort, który nie znika do końca.

Na trzecim sezonie strefa palców rozerwała się od środka — nie na pięcie ani nie przy kostce, tylko między palcami, w miejscu, gdzie materiał był najcieńszy i gdzie noga biegacza terenowego ma inne tarcie niż stopa trekkingowca. Para poszła do śmiecia po osiemnastu miesiącach. Cena: siedemdziesiąt złotych. Nie kupię ponownie do wyjść trekkingowych z ciężkim plecakiem — na bieganie po lesie bez plecaka pewnie tak, ale to zupełnie inna historia i inny produkt.

Decathlon Quechua i ALDI — lekcja z końca szafy

Dwie tańsze pary — Decathlon Quechua (środkowy segment, coś około trzydziestu złotych za parę) i skarpetki z ALDI kupione pewnego zimowego wieczoru, gdy zapomniałem zabrać własnych na wyjazd i znajdowałem się pięć minut od sklepu. Obie zasługują na akapit, bo uczą tego samego w różnych cenach.

Quechua trzymały się zaskakująco dobrze przez jeden pełny sezon. Materiał jest mieszanką syntetyczną z małym dodatkiem wełny — czuć to po zapachu po dłuższym dniu, bo wełna trzyma neutralność dłużej niż czysty syntetyk. Nie śmierdziały po pierwszym wyjściu, nie po drugim. Po trzecim — zaczęło się. Nawet dobre pranie przy sześćdziesięciu stopniach nie pomagało całkowicie. To klasyczny problem syntetyku: bakterie w mikrowłóknach zostają na dobre i żadna pralka w standardowym programie tego nie odpuszcza do końca.

Skarpety nadawały się potem tylko do wyjść przy ciepłej pogodzie i krótkich. Jeden trick, który przetestowałem: pranie z octem białym (pół szklanki do bębna) przy czterdziestu stopniach. Działa lepiej niż samo pranie, ale nie zeruje problemu — tylko opóźnia o kilka wyjść. Do kompleksowej dezynfekcji syntetyku potrzeba specjalnych środków do prania odzieży sportowej, a za ich cenę mógłbym kupić parę merino.

ALDI: wytrzymały jeden sezon. Dwie dziury na piętach po piętnastu tygodniach aktywnego użytkowania — nieuchronnie i nie nagle, ale bezlitośnie. Nie polecam, ale też nie żałuję — kosztowały dziesięć złotych za dwie pary, więc stawka była jasna od początku. W awaryjnych sytuacjach, gdy zapomnisz własnych albo stare wróciły z prania i są mokre — spełniają rolę zastępczą na jeden dzień. Na więcej nie liczyć.

Merino kontra syntetyk — moja strona

Dwa sezony z pięcioma parami dały mi jeden wniosek, który powtarzam sobie za każdym razem przed pakowaniem: merino wygrywa w górach. Nie dlatego, że jest trwalsze od syntetyku — często jest odwrotnie, syntetyk bywa wytrzymalszy mechanicznie przy intensywnym użytkowaniu. Merino wygrywa, bo przez cały dzień na nodze zachowuje się inaczej termicznie: ciepłe gdy mokre, neutralne zapachowo przez wiele godzin, miękkie bez utraty kształtu po wielokrotnym praniu.

Syntetyk oddycha sprawniej na intensywnym podejściu, gdy temperatura na stopie jest wysoka i produkujesz dużo potu — wchłania i odprowadza wilgoć szybciej niż merino na początku aktywności. Ale po czterech godzinach tracisz neutralność zapachową i zaczyna kisić. Na wyjściach krótkich i szybkich latem syntetyk jest OK. Na całodniowe chodzenie z plecakiem w Beskidach, szczególnie zimą i jesienią, kiedy pot szybko stygnie i zaczyna wychładzać, dobieram merino albo mieszankę z dużym udziałem wełny.

Czego bym nie kupił ponownie: skarpet z twardymi przejściami między wzmocnieniami i skarpet całkowicie syntetycznych do długich wyjść. Bridgedale trzymały się długo, ale właśnie na tych twardych przejściach rozpadały się pierwsze. Szukam par, gdzie materiały wchodzą w siebie płynnie — mniej krawędzi, mniej punktów startowych do tarcia przy długim dniu w bucie.

Ważna kwestia, której nie dotknąłem: grubość skarpety a dopasowanie buta. Merino grubsze traci trochę elastyczności w ciepłym bucie i może powodować zaciskanie przy wąskich modelach. Mam buty z ciasnym przodostopiem i z grubszymi skarpetami trzeba uważać przy sznurowaniu — za mocne dokręcenie od góry i po dwóch godzinach zaczynają mrowieć palce. Przy zakupie nowej pary skarpet radzę przymierzyć z butami trekkingowymi, nie w zwykłych skarpetkach z szafy.

Jedno dodatkowe zdanie o praniu merino: temperatura prania to nie wszystko. Środek do prania musi być przeznaczony do wełny, bez enzymów — standardowe środki nie rozrywają włókna od razu, ale z czasem je niszczą. Używam Woolite albo tańszych odpowiedników bez enzymów. Różnica jest wyraźna po roku: merino prane dobrymi środkami zachowuje miękkość, prane standardowymi staje się szorstkie przy kolejnych praniach.

Nową parę Bridgedale już zamówiłem — starej serii, bo nowej reformuły jeszcze nie przetestowałem w terenie. W sezonie letnim dam znać, czy coś się zmieniło. Tymczasem chodzę w Smartwoolach, które dają radę, dopóki temperatura nie spada poniżej zera. W lutym na Baranią Górę biorę albo nowe Bridgedale jeśli zdążą dojść, albo te z ALDI z szafy — zależy co będzie dostępne w piątek rano.