W tym artykule (5)
Na przełęczy nad Lukową wiatr uderzył mnie tak, że przez chwilę stałem w miejscu i nie mogłem zrobić kroku. Nie dlatego, że byłem zmęczony — po prostu wiatr był silniejszy niż moje nogi w tamtym momencie. Anemometr na Chopoku pokazywał tego dnia 62 km/h. To nie tajfun, ale na otwartym grzbiecie na wysokości 1800 metrów człowiek zaczyna się zastanawiać, po co tu właściwie przyszedł. Odpowiedź, do której doszedłem z godzinę później, jest gdzieś na końcu tego wpisu.
Chopok ma 2024 metry i jest najwyższym szczytem Niskich Tatr dostępnym dla piechura bez liny i technicznego sprzętu wspinaczkowego. Przez większą część sezonu zimowego setki narciarzy korzystają tu z gondoli jeżdżącej z doliny Demänovskiej — ale piechur może wyjść na własnych nogach szlakiem czerwonym, który omija całą kolejkową infrastrukturę i prowadzi przez las, przez Lukową i dalej grzbietem na szczyt. To zupełnie inna góra, inne tempo, inne zmęczenie. Sam przez dłuższy czas korzystałem z gondoli i wchodziłem potem tylko odcinek grzbietowy — zanim zrozumiałem, że cała trasa piesza to osobna historia.
Parking przy dolnej stacji kolejki gondolowej w Demänovskiej Dolinie to standardowy punkt startowy dla tych, którzy chcą wejść na Chopok bez mechanicznej pomocy. W sezonie zimowym jest płatny i zapełnia się szybko w weekendy. Wziąłem szlak czerwony, który prowadzi przez las i dalej przez grzbiet do szczytu. Długość trasy w jedną stronę to jakieś czternaście kilometrów, przewyższenie mniej więcej tysiąc metrów. W lecie to spokojny marsz na pięć, może pięć i pół godziny. Zimą liczyłem na cztery i pół, ale wiedziałem, że warunki mogą wszystko zmienić i nie planowałem powrotu do konkretnej godziny.
Podejście z doliny na Lukową — pierwsze dwie godziny
Pierwsze dwie godziny szło się całkiem dobrze. Szlak przez las jest tu stosunkowo osłonięty od wiatru, śnieg ubity przez narciarzy tourowych, którzy regularnie chodzą tędy przed pierwszym wyciągiem. Miałem ze sobą raki półautomatyczne — i na tym odcinku przez długi czas ich nie zakładałem, bo po prostu nie było potrzeby. Mikrokolce na śniegu w lesie wystarczały w zupełności. Dopiero po wyjściu z gęstszego drzewostanu, kiedy pojawiły się pierwsze podmyte śniegiem polany z twardszą pokrywą, zacząłem myśleć o przesiadce.
Lukowa to przełęcz na wysokości 1654 metrów i wyraźny punkt orientacyjny — skrzyżowanie szlaków, metalowy słupek ze znakami, widok na dolinę w dół i na grzbiet w górę. Tu zrobiłem krótką przerwę, zjadłem batonik i założyłem raki. Nie dlatego, że śnieg wymagał raków akurat w tym miejscu, ale dlatego, że wiedziałem, co czeka wyżej, i wolałem nie kombinować z zakładaniem ich na otwartym wietrznym grzbiecie. Trzy minuty spokojnego zakuwania w osłoniętym miejscu zamiast dziesięciu minut klątwania z zamarzniętymi palcami wyżej — to jest prosta matematyka.
Od Lukowej szlak wychodzi na otwarty grzbiet i robi się inaczej. Nie trudniej technicznie, nie bardziej strome — ale lodowato i bez osłony. Śnieg tu nie jest puszysty i przyjemny do chodzenia. To twarda, ubita pokrywa miejscami przechodząca w czysty lód, z naprószonymi warstwami spindriftu, który snuje się po grzbiecie przy każdym porywem wiatru. Temperatura sucha minus osiem stopni, z wiatrem odczuwalna przynajmniej minus dwadzieścia. Czekan trzymałem w lewej ręce przez cały odcinek — nie dlatego, że musiałem z niego korzystać na każdym kroku, ale żeby był pod ręką, jeśli zajdzie potrzeba.
Na grzbiecie mijałem kilka par turystów schodzących w dół. Jeden mężczyzna powiedział mi po słowacku, że na górze nic nie widać i że nie ma co tam iść. Podziękowałem, kiwnąłem głową i poszedłem dalej. Nie dlatego, że byłem nierozważny albo głuchy na ostrzeżenia — ale dlatego, że miałem sprzęt, znałem własne możliwości i wiedziałem, gdzie moje granice. Gdyby wiatr był wyraźnie silniejszy albo gdybym poczuł, że tracę kontrolę nad krokiem, zawróciłbym bez wahania. Tego dnia nie musiałem.
Na grzbiecie przy sześćdziesięciu kilometrach na godzinę
Grzbiet między Lukową a Chopkiem jest szeroki — może trzydzieści, czterdzieści metrów w najwęższym miejscu — i w lecie naprawdę przyjemny. Zimą zmienia charakter. Wiatr nie wieje tu równomiernie i jednostajnie: przychodzi falami, z przerwami między porywami, przez co człowiek się trochę rozluźnia i dekoncentruje, a potem dostaje z boku i musi natychmiast korygować krok i pozycję. Raz wiatr zaskoczył mnie na lekko pochylonym boku grzbietu i przez ułamek sekundy straciłem balans. Czekan poszedł w śnieg natychmiast — odruchowo, bez myślenia. Za to właśnie nosi się go w górę.
Gogle okazały się niezbędne. Bez nich spindrift biłby prosto w twarz przez ostatnie dwie godziny podejścia. Szłem z kominiarką naciągniętą na nos i kurtką hardshell zapiętą do ostatniego zamka przy szyi. Bufka pod kask zaciągnięta pod kaptur — bez tego wiatr dostaje się wszędzie i zimno na twarzy jest szybkie. Kask na głowie, nie czapka: przy silnym wietrze zwykła czapka frunie po zboczu po kilku minutach i nie ma chętnych do jej gonić.
To jest minimum na grzbiet Niskich Tatr w lutym przy wietrze: kurtka hardshell z kapturem i regulowaną twarzówką, gogle, bufka pod kask, warstwa termoaktywna pod spodem, raki dwunastozębowe, czekan. Nie mówię, że bez tego jest niebezpiecznie — mówię, że bez tego jest niekomfortowo w sposób, który szybko przeistacza się w decyzję o zawróceniu. Kilka razy minąłem turystów w polarach i ocieplaczach narciarskich, którzy zawracali w połowie grzbietu. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, w co byli ubrani.
Podejście z Lukowej na szczyt zajęło mi dwie godziny i dziesięć minut. Dość wolno jak na ten odcinek, bo wiatr wymuszał ostrożność na kilku odcinkach i raz musiałem stać w miejscu przez jakieś dwie minuty, czekając na przerwę między porywami zanim zrobiłem trudniejszy krok boczny przez zamarzniętą rynienną. Łącznie z doliny do szczytu: cztery godziny trzydzieści pięć minut. Mniej więcej tyle, ile zakładałem przed wyjściem.
Widoki, których nie ma — i co zamiast nich
Na szczycie Chopoka (2024 m) widziałem dokładnie nic. Mgła, spindrift wirujący wokół masztu meteorologicznego, zabudowania stacji narciarskiej wyłaniające się z bieli na odległość dwudziestu metrów. Dół kolejki widoczny przez chwilę, kiedy mgła się trochę rozrzedza, paru narciarzy stojących przy barze na tarasie — i to wszystko. Panorama rozciągająca się w pogodny dzień od Vel’kej Fatry po Malą Fatrę i na południe na całą Słowację — tego dnia nie istniała dla nikogo na szczycie.
Schronisko Kamenná chata pod Chopkom w lutym było zamknięte na głucho. Liczyłem się z tym i miałem termos z gorącą herbatą, kanapki zawinięte w folię. Zjadłem stojąc odwrócony plecami do wiatru, zdjąłem na chwilę rękawice, żeby rozwinąć folię, i przez te trzydzieści sekund już wiedziałem, dlaczego mówi się, że palce na zimnie zamarzają szybciej niż człowiek się spodziewa. Zrobiłem jedno zdjęcie, które wyszło biało-szare i nic na nim nie widać poza spindriftem. Potem zacząłem schodzić.
Zejście tą samą drogą zajęło mi trzy godziny z małym okładem — szedłem ostrożniej niż zazwyczaj, bo na zledeniale pokrywie grzbietowej zejście bywa zdradliwsze niż wejście. Szczególnie na odcinkach po słonecznej stronie, gdzie śnieg w południe trochę mięknie, a po godzinie szesnastej zamarza z powrotem w szklistą warstwę, którą raki trzymają lepiej niż mikrokolce, ale która jest nieprzyjemna, gdy przestaniesz myśleć na chwilę. W lesie poniżej Lukowej zdjąłem raki i ostatni odcinek przeszedłem spokojnie, w rosnącej ciemności.
Dla kogo nie jest ta trasa
Chopok zimą szlakiem z Demänovskiej Doliny to nie jest propozycja na pierwsze wyjście w Niskich Tatrach. Mówię to bez przesady i bez zamiaru straszenia kogokolwiek. Grzbiet jest ekspozowany na wiatr, wiatr potrafi być znacznie silniejszy niż w prognozie meteorologicznej dla doliny, a zalodzone trawersy wymagają raków i pewnego kroku. Ktoś, kto nie chodził zimą po Tatrach Słowackich i nie ma doświadczenia z lodem pod nogami, powinien zacząć gdzie indziej i stopniowo — choćby od szlaków w rejonie Demänovskiej Jaskyne, od okolic Donovaly na łagodniejszy teren, albo od podejścia na Dumbier od strony południowej przez Štefánikową Polanę, gdzie jest niżej i mniej eksponowanie.
Byłem na Chopoku zimą trzy razy. Za pierwszym razem zawróciłem z Lukowej, bo warunki były gorsze niż prognoza i nie miałem przy sobie czekana. Podjąłem decyzję o zawrocie stojąc na grzbiecie w rosnącym wietrze — i do dziś uważam, że to była dobra decyzja, nawet jeśli trochę ssała ego. Za drugim razem warunki były idealne, doszedłem na szczyt i miałem piękny widok na Tatry Zachodnie i na Malą Fatrę. Za trzecim razem, tym opisanym powyżej, widziałem tylko spindrift i białą ścianę.
I właśnie o to chodzi, jak mi się wydaje. Na Chopok zimą nie idzie się po widoki — bo widoków może nie być i trzeba to zaakceptować przed wyjściem, zanim jeszcze wyjdzie się z samochodu. Idzie się po coś innego: po cztery i pół godziny górskiego marszu w trudnych warunkach, po satysfakcję z powrotu na własnych nogach bez korzystania z gondoli, po ten konkretny rodzaj zmęczenia, który pojawia się wieczorem w samochodzie po drodze do domu, kiedy siadasz i nie masz siły na nic więcej i nie chcesz. Jeśli to Wam wystarczy — ta trasa zimą jest bardzo dobrym wyborem. Mnie wystarczyło trzy razy i za każdym razem coś było inaczej.
Kilka praktycznych informacji na koniec
Zanim zapomnę — kilka rzeczy praktycznych, które mogą się przydać przy planowaniu tego wyjścia. Parking przy dolnej stacji kolejki w Demänovskiej Dolinie jest płatny; w sezonie zimowym, kiedy stoki są otwarte, ceny są wyraźnie wyższe niż w lecie — w 2024 roku płaciłem chyba osiem euro za dzień, ale ceny sezonowe mogą się zmieniać i polecam sprawdzić aktualny cennik. Alternatywnie można parkować w samej dolinie, gdzie jest więcej bezpłatnych miejsc przy drodze, ale te szybko się zajmują w weekendy od rana.
Szlak czerwony z doliny na Chopok nie jest oficjalnie zamknięty zimą, ale warunki mogą go uczynić niezaleconym przy ekstremalnych warunkach pogodowych. Słowackie służby ratownictwa górskiego — Horská záchranná služba — komunikują ostrzeżenia na swojej stronie i na tablicach przy wejściach na szlaki. Przed wyjściem w Niskie Tatry zimą zawsze sprawdzam ich aktualne ostrzeżenia lawinowe i wiatrowe — nie dlatego, że szlak grzbietowy na Chopok jest szczególnie lawiniasto niebezpieczny, ale dlatego, że przy silnym wietrze warunki mogą się zmienić szybciej niż prognoza wskazuje.
Woda: na całym podejściu nie ma źródeł ani kranów, które działałyby zimą — wszystkie zamarznięte albo wyłączone do wiosny. Wszystko, co mam, niosę z doliny. Litr i pół termosu z gorącą herbatą plus pół litra zimnej wody — tyle zabrałem i ledwo wystarczyło na cały dzień. Na trasę czterech, pięciu godzin zimą, kiedy organizm traci wilgoć szybciej przez oddychanie mrozistym suchym powietrzem, dwa litry to minimum i lepiej nie schodzić poniżej tego. Może brzmieć jak sporo do niesienia — ale odwodnienie w zimnie jest zdradliwe, bo nie czuć pragnienia tak wyraźnie jak latem i łatwo go przeoczyć, dopóki nie boli głowa na zejściu.
Kamenná chata pod Chopkom — jak pisałem wyżej — zimą zamknięta. Otwiera się wiosną, z tego co wiem, gdzieś w maju lub przy Wielkanocnym sezonie, ale dokładnych dat nie znam i nie ręczę. Latem jest to komfortowe miejsce na odpoczynek i posiłek — małe pomieszczenie, podstawowe jedzenie, ceny podobne do każdego innego słowackiego schroniska górskiego. Przy dobrych warunkach narciarskich można wejść do barku przy stacji narciarskiej na szczycie — to coś, czego nie liczyłem, bo zazwyczaj nie mam chęci stać w kolejce z narciarzami w wypożyczonych kombinezonach. Tego dnia nie liczyłem na nic na szczycie i miałem rację, żeby tak planować. Termos z herbatą to lepszy plan niż poleganie na barku stacyjnym przy złych warunkach pogodowych.
Zejście tą samą drogą jest oczywistym wyborem, jeśli nie zna się terenu. Istnieje możliwość zejścia inną stroną — w kierunku Bociej i dalej do Starej Bystrej — ale ta trasa jest dłuższa, wymaga dobrej znajomości terenu w warunkach zimowych i nie jest na pierwsze wyjście w tym rejonie. Dla mnie przy tym wyjściu: w górę szlakiem czerwonym, powrót tą samą drogą, bez komplikacji.

