W tym artykule (6)
Wyjechałem z Bielska-Białej przed czwartą rano. Granica na Zwardoniu, potem przez Čadcę i Ružomberok, dalej na południe — Vyšná Boca to mniej więcej trzy godziny jazdy od Śląska, przy spokojnym ruchu. Dojechałem przed siódmą, zaparkowałem na końcu wsi przy ostatnich domach. Parking gruntowy, bezpłatny, w połowie już zajęty przez słowackie auta z bagażnikami na dachu. Kwiecień, ale Dumbier ściąga ludzi nawet w środku tygodnia — bo szczyt wymagający, dostępny ze słowackiej strony bez kolejek i bez ceny Zakopanego.
Trasa z Vyšnej Bocy — żółty, potem czerwony
Z Vyšnej Bocy idzie się najpierw żółtym szlakiem przez dolinę — łagodne podejście lasem, ładna przełomowa część doliny z wąwozem, kilka drewnianych mostków przez potoki. Tu śniegu jeszcze nie ma, ziemia mokra, trochę błota tam gdzie szlak pokrywał się z drogą. Nic dramatycznego. Po mniej więcej godzinie i czterdziestu minutach podejścia dochodzi się do schroniska Trangoška — słowacka chata górska z kawiarnią, punktem ratownictwa górskiego i dużym tarasem z widokiem na dolinę. Sprawdziłem godziny otwarcia rano w domu, więc wiedziałem, że będzie czynna. Wziąłem kawę, zjadłem chleb z masłem, który miałem w plecaku, i zmieniłem warstwy. Na dole kurtka softshell wystarczyła, wyżej będzie wiało.
Od Trangoški szlak robi się ciekawszy — czerwony grzbietowy przechodzi przez kilka kulminacji przed samym Dumbierem. Tu zaczął się śnieg. Na wysokości około 1700 metrów — trwały, zwarty, miejscami uformowany przez wiatr w twarde wały. Nie głęboki w sensie codziennego chodzenia — może trzydzieści, czterdzieści centymetrów — ale na grzbiecie twarda firna, śliska jak lód w zacienionych miejscach. Wyjąłem raki. Takie lekkie, czteropunktowe mikroraki, które mieszczą się w kieszeni spodni. Na twardej firnie to wystarczy, na lodzie alpejskim i stromych żlebkach nie — ale tu warunki nie wymagały czegoś poważniejszego. Z rakami szło się spokojnie i pewnie.
Czas z parkingu na szczyt — cztery godziny czterdzieści minut z przerwą w Transgoške. W dobrej kondycji, bez raków i na suchym grzbiecie latem, myślę że cztery godziny wystarczą. W śniegu, z rakami i z ostrożnością na stokach — pięć godzin nie byłoby zaskoczeniem. Ja nie śpieszyłem się, bo taka była decyzja dnia.
Grzbiet powyżej 1900 metrów
Grzbiet Niżnych Tatr to nie jest delikatne miejsce. Nawet w słońce, nawet w niby-spokojny dzień — na otwartym terenie powyżej 1900 metrów wieje. Nie huraganowo w tym konkretnym dniu, ale tak że bez czapki i rękawic jest niekomfortowo po pięciu minutach. Miałem kurtkę puchową zapakowaną na dnie plecaka, wyjąłem ją przed ostatnim podejściem na wierzchołek i była to dobra decyzja. Puch jest tu lepszy niż softshell — przy wietrze i słońcu softshell niby wystarczy, ale po godzinie na grzbiecie ciało oddaje ciepło szybciej niż człowiek się spodziewa.
Na otwartych odcinkach grzbietowych śnieg był zawiany na nawietrznej stronie i praktycznie zniknięty po zawietrznej — klasyczna asymetria zimowego grzbietu. Czerwone bieguny trasujące szlak były widoczne, choć miejscami zasypane po ramiona. Szedłem po ich lewej stronie, gdzie firna była stabilniejsza, nie po środku śladu gdzie śnieg był rozkruszony przez poprzednie przejścia.
Samego Dumbiera — 2046 metrów, najwyższy szczyt Niżnych Tatr — zdobywa się podejściem przez skałki i krótki stromy żlebek, ostatni fragment bez wyraźnej wydeptanej ścieżki pod śniegiem. W śniegu trzeba szukać biegunów trasujących szlak i iść na orientację do wyraźnego wzniesienia szczytowego. Bieguny były, widoczne, bez problemu. Raki na tym ostatnim fragmencie to nie opcja — to konieczność, bo nachylenie i twardość firny nie dawały innego wyjścia.
Na wierzchołku
Na wierzchołku: panorama, którą znam z fotografii i z mapy, ale na żywo robi inne wrażenie niż obie te formy reprezentacji. Na północ — Tatry Wysokie. Wyraźne i bliskie, przynajmniej wizualnie. Krywań jako osobna sylwetka oderwana od grzbietu, Łomnica i Mięguszowiecki Szczyt jako ciąg. W dół, po słowackiej stronie — Demänovska Dolina, której stąd nie widać bezpośrednio, ale wiesz, że jest za tą ścianą grzbietu. Na południe grzbiet Niżnych Tatr ciągnie się dalej — Chopok po lewej, Kráľova hoľa gdzieś na wschodzie, horyzont grzebieniowy bez przerwy, kilkadziesiąt kilometrów grzbietu w jednej linii widoku.
Zjadłem kanapkę i wypiłem to co zostało z termosu. I zorientowałem się, że zostało mi mało wody. Wziąłem trochę za mało — dwa litry na taki dzień to w warunkach śniegowych i zimna wydaje się dużo, bo organizm nie sygnalizuje pragnienia tak mocno jak w lecie. Ale nie jest dużo. Przed zejściem miałem ostatnie pół litra i czułem to w suchości gardła na dole. Następnym razem biorę dwa i pół.
Na wierzchołku spędziłem może pół godziny. W połowie tego czasu pojawiła się dwójka Słowaków — starszy mężczyzna z synem, jak mi się wydawało. Kiwnęliśmy do siebie głowami, oni zjedli coś przy tabliczce szczytowej, ja spakowałem termos i zacząłem się zbierać. Na Dumbierze w kwiecień, nawet w słońcu, w bezruchu zaczyna być zimno po kilku minutach.
Schroniska słowackie i organizacja dnia
Słowacy mają dobrze poukładane schroniska na tym grzbiecie — Trangoška od strony Bocy, chatka Štefánika od strony Chopoka. Obie czynne od marca, obie z ciepłym jedzeniem i noclegiem. Zawsze sprawdzam godziny rano przed wyjazdem — słowackie chaty mają je zazwyczaj podane na stronach Slovenského horolezeckého spolku albo na stronach samych obiektów. Nie polegam na tym, że na pewno otwarte, bo zdarzyło mi się kiedyś trafić na zamkniętą chatę w środku sezonu po przeglądzie technicznym. Dwie godziny czekania na zamkniętych drzwiach i kawą z termosu zamiast obiadu to nieprzyjemna lekcja.
Wracałem tym samym szlakiem, bo nie planowałem traversu. Alternatywa — zejście przez Polanu Štefánika na stronę Chopoka, a potem autobusem albo taxi z powrotem do Bocy — byłaby ciekawa, ale wymaga albo drugiego samochodu po drugiej stronie, albo organizacji transportu z góry. Długi dzień i sporo planowania. Nie tym razem.
Na Transgoške w drodze powrotnej zjadłem gulaszową — coś koło piętnastu euro za solidną porcję z chlebem. Słowackie chaty mają zazwyczaj jeden ciepły danie na liście i nie ma sensu go pomijać po pięciogodzinnym dniu w terenie. Nogi były zmęczone, żołądek zadowolony. Do auta dotarłem przed osiemnastą.
Dlaczego Niżne Tatry zamiast polskich Tatr
Pytają mnie czasem, dlaczego wolę Niżne Tatry od polskich Tatr. Odpowiedź jest prosta i powtarzam ją od lat: tu jest mniej ludzi. Na Dumbierze w kwiecień, na szlaku z Bocy, spotkałem może dziesięć osób przez cały dzień. W polskich Tatrach w ten sam weekend — nie wiem, ale przy Morskim Oku pewnie kilkaset, przy Dolinie Pięciu Stawów podobnie. Lubię góry za ciszę. Za to, że możesz stać na wierzchołku przez pół godziny i nie musisz ustępować miejsca kolejce do tabliczki.
Poza tym Dumbier to konkretna góra. 2046 metrów, realna różnica wzniesień, w zimowo-wiosennych warunkach wymagająca sprzętu. To nie jest spacer z kawiarniami co dwa kilometry. I że do tego wszystkiego jedzie się z Bielska-Białej trzy godziny — trudno wymyślić lepszy argument za regularnym chodzeniem po tej stronie Karpat.
W następnym sezonie mam plan przejścia Magistrali Niżnotatrzańskiej z przynajmniej jednym noclegiem na grzbiecie — od Dumbiera na Chopok albo dalej. Materiał na wpis na pewno będzie. I na zdjęcia też.
Niżne Tatry (Nízke Tatry) to pasmo, które Polacy odkrywają jako alternatywę dla zatłoczonych szlaków po polskiej stronie. Dumbier to jego najwyższy punkt i naturalne centrum zainteresowania, ale pasmo ma znacznie więcej do zaoferowania — Chopok z kolejką linową od południa, Kráľova hoľa na wschodzie, Roháče i Žiarska na zachodzie. Można tu spędzić tydzień i nie powtórzyć trasy.
Sprzęt na ten wyjazd: raki czteropunktowe, kije teleskopowe, kurtka puchowa w plecaku, softshell jako warstwa wierzchnia na podejście. Klasyczne wysokie buty trekkingowe z membraną. W plecaku dwa litry wody — za mało jak pisałem, następnym razem dwa i pół. Termos z kawą i herbatą, kanapki na szczyt, baton na grzbiet. Czapka i rękawice — nie jako opcja, a jako konieczność na grzbiecie.
Jedna rzecz, której nie oddają żadne zdjęcia z Dumbiera: skala. Tatry Wysokie od strony Niżnych Tatr wyglądają inaczej niż z polskiej strony. Widać je jako masyw sam w sobie, oddzielony dolinami po obu stronach. Krywań jest charakterystyczny z każdego kierunku, ale z Dumbiera widać go jako mniejszy element dłuższego łańcucha. Nie wiem, czy to pomaga czy utrudnia orientację. Ale dobrze jest tam stanąć i przez chwilę po prostu patrzeć.
Jeden komentarz praktyczny do logistyki: droga na Boca od strony Ružomberka jest kręta i miejscami wąska. Na trasie jest kilka punktów, gdzie wymijanie z ciężarówką wymaga cierpliwości. Nie jest to problem, ale dobrze wiedzieć, że ostatnie dwadzieścia kilometrów przed Boca to nie autostrada. Czas jazdy z Bielska-Białej to realnie trzy godziny, może trzy i pół przy ruchu przez Čadcę.
Jeszcze jedna kwestia dla porównania: bilet wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego po polskiej stronie plus tłumy na szlakach plus kolejki do schronisk to coś, co sprawia, że sierpniowe Zakopane mnie nie kusi. Dumbier w kwietniu kosztuje nic — nie ma opłat za wstęp na teren Parku Krajobrazowego Niżne Tatry po tych szlakach, przynajmniej z Bocy. To się może zmieniać, więc zawsze sprawdzam aktualne regulacje przed wyjazdem.
Jak zaplanować wyjazd na Dumbier
Kilka praktycznych informacji, których szukałem zanim pojechałem po raz pierwszy. Wjazd do Vyšnej Bocy z drogi R1 przez Ružomberok albo z Poprad-Tatry przez Telgárt. Przy wyjeździe z Polski najprostszy wariant to E75 przez Zwardoń do Čadcy, potem R3 na południe. Google Maps prowadzi dobrze, ale ostatnie dziesięć kilometrów na Boca jest kręte — dobrze to wiedzieć na rozgrzewce przed górowaniem.
Wyposażenie na kwiecień minimum: buty z membraną, kurtka wiatroodporna lub softshell plus puch w plecaku, czapka i rękawice, raki czteropunktowe albo mikroraki, kije. Nie ma sensu ryzykować bez raków od wysokości 1700 metrów przy wiosennym śniegu na grzbiecie. Schronisko Trangoška ma schronienie, ale nie ma wypożyczalni sprzętu — wszystko trzeba mieć ze sobą.
Mapa offline — Mapy.cz lub OsmAnd z pobranym regionem Niżnych Tatr. Zasięg telefoniczny na grzbiecie zależy od operatora — ja miałem zasięg słowacki (roaming EU, bez dopłat) przez jakieś sześćdziesiąt procent trasy, grzbiet powyżej 1900 metrów często bez zasięgu. Nie zdarzył mi się problem z lokalizacją GPS, bo GPS nie potrzebuje zasięgu — ale dane mobilne do map online tak. Dlatego offline jest jedyną sensowną opcją.
Jeszcze jeden komentarz o warunkach wiosennych: śnieg na grzbiecie Niżnych Tatr w kwietniu to nie zjawisko wyjątkowe — to norma. Rok w rok, gdzieś między połową marca a połową maja, grzbiet ma firn. Kto chce iść latem bez raków i martwienia się o nogi — czerwiec i lipiec są komfortowe. Kto chce iść z prawdziwą zimową atmosferą i bez tłumów — kwiecień to dobry moment.

