W tym artykule (6)
Plandeka nieszczelna od dołu, śpiwór wilgotny od porannej rosy, kuchenka gazowa, która nie chciała zapalić przy pierwszej próbie. To były pierwsze trzy minuty drugiego dnia na grzbiecie Niżnych Tatr. Potem wyszło słońce znad Slovenskiego raju i wszystko stało się od razu lepsze — jak to zwykle bywa wysoko, gdzie nastrój zmienia się tak szybko jak pogoda, a pogoda szybko.
Przejście przez Kralovą holę planowałem od dwóch lat. Szczyt na wschodnim krańcu Niżnych Tatr — Nízke Tatry — 1948 m n.p.m., z charakterystyczną wieżą meteorologiczną na wierzchołku, którą widać z daleka i z wielu dolin. Nie jest to Chopok, który każdy zna z wyciągów i fotografii zimowych, ani Ďumbier z jego tłumem na grzbiecie Śląskiej Grani przy dobrych warunkach. Kralova hola stoi z boku od głównego ruchu turystycznego i właśnie to mnie przyciągnęło.
Trasa prowadzi ze wschodu — z Telgártu — przez grzbiet Niżnych Tatr na szczyt, a potem zejście zachodnim lub południowym szlakiem do doliny. Dwa dni, jeden nocleg na grzbiecie. Nie ma tu infrastruktury schroniskowej, na której można polegać — i to też jest część tego, czego szukałem.
Dzień pierwszy: Telgárt i wschodnie podejście
Telgárt to małe miasteczko przy dawnym tunelu kolejowym Vernárský tunel, około trzydziestu kilometrów na wschód od Brezna. Leży na wysokości ponad tysiąca metrów, co oznacza, że wysokościowa robota jest tu już częściowo odrobiona zanim w ogóle wejdzie się na szlak. Cały masyw Niżnych Tatr od tej strony jest stosunkowo mało odwiedzany w porównaniu do zachodniej i centralnej części z Chopkiem — co widać w braku infrastruktury na grzbiecie, ale też w braku tłumu.
Parkowałem na skraju wsi, przy drodze, za darmo. Przed wyjściem uzupełniłem wodę przy źródle na obrzeżach Telgártu — to jest punkt, którego nie wolno przeoczyć, bo na grzbiecie nie ma żadnych źródeł. Niosłem cztery litry. Przy wyższych temperaturach wziąłbym pięć — i nie jest to przesada, bo dzień był ciepły i grzbiet wystawiony na słońce przez kilka godzin.
Szlak wychodzi ze wsi czerwonym oznaczeniem i od początku prowadzi przez otwarte łąki. Nie ma tu długich odcinków w lesie charakterystycznych dla Beskidów — krajobraz jest od razu bardziej otwarty, bardziej alpejski. Wschodni grzbiet Niżnych Tatr to trawiaste wzniesienia, nieliczne kosodrzewiny powyżej 1600 metrów, długie horyzonty i kilka bezimiennych wzniesień, które wyglądają jak cel i nim nie są. Ta ostatnia cecha jest typowa dla grzbietowych traktów bez wyraźnego punktu docelowego — trzeba iść dalej i wierzyć szlakowi.
Pierwsze pięć godzin marszu minęły spokojnie. Wyprzedził mnie jeden biegacz i jedna para z ciężkimi plecakami. Więcej ludzi nie było. Pogoda trzymała przez cały dzień — zachmurzenie od południa, ale bez deszczu. Wiatr był stały, co na otwartym grzbiecie oznacza, że się go czuje przez cały czas marszu. Kurtka przeciwwiatrowa była potrzebna od pierwszej godziny, nie od czwartej.
Biwak zamiast schroniska
Plan był prosty: nocleg w chacie Andrejcová albo w jednym z obiektów przy wschodnim grzbiecie. Andrejcová była pełna — zadzwoniłem tydzień wcześniej i usłyszałem, że w majowy długi weekend wolnych miejsc nie ma. Chata Pri zdroji, o której czytałem na słowackich forach górskich, była zamknięta na remont. Zostałem z biwakowym planem B, który właściwie preferowałem od początku, ale chciałem mieć opcję.
Biwakuję pod plandeką od kilku lat. Nie z powodów ideologicznych — po prostu lekka plandeka z gumkami to 600 gramów mniej niż namiot, który lubię i który stoi u mnie w garażu. Na grzbiecie bez drzew plandeka wymaga dobrego miejsca, solidnych śledzi i sznurów. Rozbiwakowany byłem trzysta metrów poniżej szczytu Kralovej holi — miejsca płaskiego, osłoniętego od wiatru przez niski wał terenu. Żadnych śladków innych biwakujących. To było dobre miejsce.
Temperatura nocna spadła do trzech stopni. Śpiwór skrojony na zero wystarczył, ale rano kurtka była zimna od rosy. Plandeka ma tendencję do kondensowania wilgoci od dołu, jeśli nie podwinie się bregów wystarczająco wysoko — tego nie zrobiłem i rano za to zapłaciłem. Takie lekcje zostają dłużej niż te, które czyta się w artykułach o sprzęcie.
Na kuchence gazowej zrobiłem zupę z torebki i herbatę. Jedzenie o osiemnastej na grzbiecie, przy zachodzie słońca malującym się nad Slovenskim rajem od wschodu — to jest ten moment, dla którego planuje się takie wyprawy. Nie mam w tym żadnej przesady, po prostu tak jest.
Szczyt Kralovej holi i widok na cztery strony
Na Kralovą holę wszedłem rano, przed śniadaniem — dwadzieścia minut podejścia od biwaku. Wieża meteorologiczna stoi na szczycie i jest zamknięta dla turystów, ale sam wierzchołek daje widok bez przeszkód. Przy dobrej pogodzie to jeden z najszerszych panoram w centralnej Słowacji.
Na wschód ciągnie się Slovenský raj — z góry wygląda jak ciemna płyta lasu z kilkoma jaśniejszymi wcinanami dolin. Jest coś osobliwego w patrzeniu na Słowacki Raj z góry — zwykle patrzy się na niego z dołu, z żlebami i wodosp adami. Stąd jest tylko ciemna zielona masa na horyzoncie. Na południe Volovské vrchy — niższe, zaokrąglone, bez dramatycznych spiętrzeń. Na zachód widać górny grzbiet Niżnych Tatr z Ďumbierem i Chopkiem — stąd to odległy widok, ale w dobrej widoczności rozpoznawalny. Na północ otwarta dolina i miasteczka przy magistrali kolejowej Brezno-Telgárt.
Stałem tam z dwadzieścia minut. Na szczyt podeszła jedna osoba przez cały ten czas — zrobiła zdjęcie telefonem i zeszła bez zatrzymywania się. To jest coś, co Tatry Wysokie oferują rzadko, a Niżne od strony wschodniej — regularnie.
Dzień drugi: zejście do Liptovskiej Tepličky
Zejście wybrałem przez Strednę holę w kierunku Liptovskej Tepličky — miejscowości w dolinie po zachodniej stronie masywu. Zajęło to nieco ponad sześć godzin z normalnym tempem i jedną dłuższą przerwą na jedzenie. Szlak niebieskim oznaczeniem — dobrze widoczny, miejscami mokry po nocy z rosą, ale bez trudnych odcinków. Zejście jest łagodne w górnej części, a w dolnej wchodzi w las i robi się bardziej kamieniste.
Liptovska Teplička to mała wioska, gdzie złapałem autobus do Brezna, a stamtąd pociągiem w kierunku granicy. Można też zejść do Vernáru — jest to opcja logistycznie prostsza, bo grzbietem wraca się blisko punktu startu w Telgárcie. Vernár jest jednak małą miejscowością i transport stamtąd wymaga albo taksówki, albo precyzyjnego trafienia w kurs autobusu, których jest mało.
Jeśli jedzie się samochodem, logistyczniejsze jest wyjście z jednego punktu i powrót do tego samego — ale wtedy traci się sens przejścia grzbietowego i wraca się tą samą trasą. Sam zostawiłem auto w Telgárcie i wróciłem komunikacją zbiorową — i na przyszłość rozważam wyjazd z kierowcą albo dwa samochody, żeby mieć większą swobodę w wyborze zejścia.
Sprzęt — co zabrałem i co zrobiłbym inaczej
To nie jest trasa dla kogoś, kto zaczyna górską przygodę. Mówię to bez straszenia — po prostu nie ma tu infrastruktury, która wybaczałaby złe decyzje. Brak wody na grzbiecie, brak schronisk po drodze przy wschodnim wariancie, biwak w zmiennej pogodzie majówkowej, komunikacja zbiorowa z Liptovskej Tepličky działająca kilka razy dziennie.
Co zabrałem i co oceniam pozytywnie:
- lekka plandeka z gumkami do napinania — sprawdziła się, choć przy rosie ma ograniczenia
- śpiwór na zero stopni — maj na wschodnim grzbiecie to nie lato
- kuchenka gazowa z kanistrą 230 g — wystarczyło na dwie gotowane potrawy i trzy herbaty
- cztery litry wody z Telgártu — każdy litr się liczył, przy wyższej temperaturze wziąłbym pięć
- dwie pary skarpetek — pierwsza była mokra do południa drugiego dnia
- mapa papierowa i Mapy.cz offline — GPS telefonu mi padł przy piątej godzinie drugiego dnia, bateria nie zniosła nocnego chłodu
- kurtka puchowa na noc — nie puchwina techniczna, zwykła lekka, ale bez niej biwak byłby niekomfortowy
Co zrobiłbym inaczej: wzięłbym zewnętrzną baterię do telefonu. I sprawdził dokładniej rozkład autobusów z Liptovskej Tepličky przed wyjazdem, a nie dopiero na miejscu. Na szczęście trafiłem w kurs, ale nie zawsze jest tyle szczęścia.
Karimata lub hamak — wybrałem karimatę, bo na grzbiecie nie ma drzew w miejscu, gdzie chciałem biwakować. Hamak sprawdziłby się niżej w lesie, ale tam nie ma otwartego widoku i traci się to, po co się szło.
Dlaczego ta trasa jest na liście od dwóch lat
Kiedy się pyta kogoś ze Słowacji o Niżne Tatry, słyszy się najczęściej o Chopoku, Ďumbierze i Demänovskiej Dolinie z jaskiniami. Kralova hola jest poza tym kręgiem — bardziej odległa, mniej obsługana, bez wyciągów i bez tłumów. Wchodząc od wschodu, od Telgártu, wchodzi się od strony, której mapa turystyczna nie pokazuje jako pierwszej opcji.
To jest dokładnie ta trasa, której szukam, gdy chcę zejść z utartej ścieżki bez wchodzenia w faktycznie trudny teren wymagający specjalnego przygotowania. Dwa dni, nocleg na grzbiecie, widok w cztery strony z nie najwyższego szczytu Niżnych Tatr — i powrót z poczuciem, że coś się naprawdę zrobiło.
Ta trasa jest bardziej alpejska niż beskidzka — i to jest jej charakter, nie wada. Kto szuka widoków bez infrastruktury turystycznej i jest gotowy nieść własną wodę z doliny — ta wschodnia część Niżnych Tatr to właściwe miejsce. Jak pisałem w grudniu, mam długą listę tras ze zbierania materiałów. Kraľova hoľa była na niej wysoko od dwóch lat. Nie żałuję, że czekała — i nie żałuję, że w końcu poszedłem.

