W tym artykule (5)
Pamiętam, jak byłem tu w 2018 roku po raz ostatni przed przerwą. Mała kuchnia za przepierzeniem, kominek w głównej sali, grube stoły z nieoheblowanego drewna, tablica z menu pisana kredą — i pani gospodyni, która podawała herbatę zanim zdążyłeś zdjąć plecak. W marcu tego roku wróciłem. Remont — z tego co wiem, przeprowadzony gdzieś w 2024 roku — był już za nami. Chciałem zobaczyć, co zostało.
Przyszedłem tu nie po recenzję. TripAdvisor ma już pewnie kilkadziesiąt wpisów o Hali Lipowskiej po remoncie, bardziej lub mniej rzetelnych. Chciałem po prostu sprawdzić, czy miejsce, które kojarzyłem z konkretnymi obrazami, nadal wywołuje te same skojarzenia. Czy siada się w nim inaczej. Czy herbata smakuje tak samo.
Dojście i pierwsze wrażenie
Wchodziłem od strony Hali Rysianka, szlakiem niebieskim od Rysianka — trochę błota, trochę lodu pod drzewami, marcowa normalność w Beskidzie Żywieckim. Schronisko zobaczyłem z odległości może trzystu metrów i przez chwilę nie wiedziałem, czy dobrze patrzę. Bryła ta sama, lokalizacja ta sama — szerokie połoniny, widok na zachód w stronę Rysianka — ale coś było inaczej. Świeżo pomalowane elewacje, nowe okna, jeden dobudowany budynek po lewej stronie. Podszedłem bliżej.
Drzwi te same, grube, trochę ciężkie. Dobry znak. Wchodząc, wciąż trzeba szarpnąć za klamkę — nie zainstalowali tu żadnego eleganckich drzwi na zawiasach pneumatycznych. Małe rzeczy, które mówią dużo o tym, że miejsce ma pamięć.
Środek zmienił się bardziej, niż się spodziewałem. Sala główna jest teraz jaśniejsza — wymienili oświetlenie, pojawiły się nowe stoły i krzesła z drewna, ale już nie te topornie masywne, które kojarzyłem ze starymi schroniskami. Bardziej skandynawskie, jeśli rozumiecie co mam na myśli — jasne drewno, proste linie. Czyściejsze i lżejsze na pewno. Dobre czy złe — nie wiem. Zależy, co się w schronisku szuka.
Kominek stoi na swoim miejscu. To mnie ucieszyło bardziej niż się spodziewałem. Marzec to jeszcze nie sezon, więc ogień był rozpalony i przy nim siedziała para starszych ludzi z mapami rozłożonymi na stole. Ten obrazek mógłby być z 2018 roku. Albo z 2005. Albo z 1985.
Kuchnia, jedzenie i ten sklepik
Nowa kuchnia — to widać na pierwszy rzut oka, nawet przez okienko do wydawania. Kafelki, nowszy sprzęt, lada ze stali. Zamówiłem żurek i herbatę malinową. Żurek był porządny — gęsty, z jajkiem, z chlebem, zupa którą da się zjeść na serio po trzech godzinach marszu. Cena w okolicach 20 zł, czyli bez niespodzianek. Za herbatę koło ośmiu złotych, też standardowo.
Nie wiem, skąd biorą składniki — nie pytałem, bo nie chciałem udawać dziennikarza kulinarnego. Ale żurek smakował tak jak ma smakować żurek w górskim schronisku, czyli konkretnie i bez udziwnień. Pani, która obsługiwała, była w porządku — nie wylewna, ale uprzejma i bez minki zmęczonej turystami. Też dobry znak.
Sklepik zmienił się chyba najbardziej i tutaj mam mieszane uczucia. Dawniej były tam głównie napoje, czekolady, może mapy. Teraz doszły magnesy na lodówkę z Halą Lipowską, podkładki pod kubek z beskidzkim motywem, kilka rodzajów lokalnych dżemów w słoiczkach ze wstążeczkami i — o ile dobrze pamiętam — jakiś zestaw herbatek w ozdobnym pudełku. Trochę bardziej turystyczny, trochę bardziej pod Instagram. Czy mi to przeszkadza? Szczerze — trochę tak, ale rozumiem też, że schronisko musi jakoś zarabiać i nie żyje wyłącznie z emerytów z mapami przy kominku. Jeśli magnesy na lodówkę pomogą utrzymać kuchnię działającą przez cały rok, to trudno.
Nowa łazienka — to zmiana absolutnie na plus. Nie będę się rozpisywał, bo to nie jest temat na wpis blogowy — dość powiedzieć, że poprzednia generacja sanitariatów w schroniskach PTTK z lat osiemdziesiątych nie była ich najmocniejszą stroną. Ta nowa jest czysta, działa, ma ciepłą wodę. Wystarczy.
Noclegi — większa pojemność i co z tego wynika
Ten dobudowany budynek po lewej stronie to nowe miejsca noclegowe. Podobno pojemność schroniska wzrosła — dokładnych liczb nie znam, nie pytałem. W marcu obiekt był prawie pusty — poza mną była ta para przy kominku i jeszcze jedna rodzina z dzieckiem, która jadła obiad. Nie miałem jak ocenić, czy zwiększona pojemność sprawia jakiś problem z atmosferą. Latem, szczególnie w lipcu i sierpniu, kiedy na Halę Lipowską wchodzą tłumy z Rysianka i z Lipowskiej — to może być inna historia.
Ceny noclegów — w granicach 70-90 zł za miejsce w sali zbiorowej, ile pamiętam z rozmowy z panią przy kasie. Standardowe schroniskowe stawki PTTK. Nie pytałem o pokoje, bo nie planowałem noclegu — ale w nowym budynku podobno są też pokoje dwu- i czteroosobowe, co byłoby zmianą w stosunku do poprzedniego układu tylko z dużymi salami.
Dla kogoś, kto chce tu spędzić noc przed podejściem na Rysiankę albo jako etap Głównego Szlaku Beskidzkiego — schronisko po remoncie wydaje się po prostu sprawniejsze logistycznie. Więcej łóżek, lepsza łazienka, działająca kuchnia. Dla kogoś, kto szuka charakteru i patyny — część tej patyny zniknęła.
Co zostało i czego żałuję
Zostało to, co ważne. Lokalizacja na Hali Lipowskiej — szerokie połoniny, widok na zachód, Rysianka w zasięgu krótkiego spaceru na wschód. Zostało ciepło przy kominku i herbata podawana zanim zdążyłeś zaplanować następny ruch — sprawdziłem, tradycja żyje. Zostało poczucie, że to schronisko górskie, a nie hostel z ciekawą lokalizacją. I zostały osoby, które tu pracują — bo schronisko to ostatecznie ludzie, nie wyposażenie.
Ale tej tablicy z menu pisanej kredą nie ma. Była tam od zawsze — przynajmniej od kiedy zacząłem tu chodzić w połowie lat dwutysięcznych. Zupa na dziś, woda z sokiem, herbata malinowa, grzaniec. Proste menu wypisane ręcznie, zmieniane codziennie. Powodowało, że siadałeś i czułeś się na miejscu. Teraz jest wydrukowane na kartce laminowanej w stojaku przy ladzie. To drobiazg.
Albo może nie jest drobiazgiem. Może właśnie takie drobiazgi — tablica z kredą, toporny stół, lekko odchylona szafka z naczyniami — składały się na charakter miejsca. I część tego charakteru po prostu zniknęła. Nie wróci po kolejnym remoncie, bo nie tak działa restauracja i nie tak działa schronisko, które chce przetrwać. Remont był potrzebny — to jest jasne. Schronisko stało się bezpieczniejsze, wygodniejsze, ma więcej miejsc dla turystów, którzy tu nocują. To wszystko dobre rzeczy.
Wróciłem tutaj z konkretnym pytaniem i mam na nie konkretną odpowiedź: schronisko jest teraz lepsze jako obiekt turystyczny i trochę inne jako miejsce z charakterem. Oba te zdania są prawdziwe jednocześnie. Przyjdę tu znowu — mam nadzieję, że wiosną, kiedy połoniny będą zielone. Może wtedy ten nowy sklepik z dżemami przestanie mi przeszkadzać.
W następnym poście napiszę Wam o samej Romance z końca marca — bo wracałem przez Halę Lipowską właśnie z tamtej wycieczki — lepiej czytać je razem.
Jedno co zostało bez zmian, to ogólna logika przestrzeni. Główna sala jest po lewej od wejścia, kuchnia prosto, schody na górę po prawej. Ktoś, kto tu był dziesięć lat temu, znajdzie się w środku bez mapy. To nie jest oczywiste przy remontach schronisk, które czasem przerabiają układ totalnie i tracą intuicyjność miejsca.
Jedna rzecz, o której nie wspomniałem przy zamawianiu: przy okienku kuchennym stała kartka z informacją o alergeny. Nie pamiętam, żeby coś takiego było tu wcześniej. Może było, może nie zauważałem. W każdym razie ktoś pomyślał o tym formalnie i to chyba dobry znak, nawet jeśli na szlaku rzadko kto sprawdza, czy w żurku jest gluten.
Przy okazji spytałem, czy rezerwacja noclegów jest możliwa przez internet. Tak — mają formularz na stronie PTTK albo bezpośredni kontakt. W lipcu i sierpniu lepiej rezerwować z wyprzedzeniem, bo latem Hala Lipowska bywa pełna przy długich weekendach. W marcu, jak widać, nie ma problemu — ale letni ruch w Beskidzie Żywieckim jest realny i nieplanowane wpadnięcie na nocleg może skończyć się miejscem na podłodze albo odmową.
Mam też małą radę praktyczną dla tych, którzy tu idą pierwszy raz: schronisko jest otwarte przez cały rok, ale godziny i menu mogą się różnić poza sezonem. Polecam sprawdzić aktualny status na stronie PTTK przed wyjściem, szczególnie jeśli planujecie nocleg albo konkretny ciepły posiłek po długiej trasie. Raz już byłem zaskoczony zamkniętą kuchnią na długo przed osiemnastą w październiku. Teraz sprawdzam.
Jak dojść na Halę Lipowską
Hala Lipowska leży na wysokości około 1323 metrów, na granicy polsko-słowackiej w Beskidzie Żywieckim. Do schroniska można dojść kilkoma drogami — z Zwardonia drogą przez Przełęcz Przegibek (szlak czerwony, jakieś dwie i pół godziny spokojnym tempem), z Hali Rysianka (szlak niebieski, krótszy fragment, może godzina), z Milówki szlakiem przez Halę Boracza (dłużej, bardziej ambitnie), albo od strony słowackiej przez Zbojnícky chodník. Każde z tych podejść ma inny charakter — pierwsze prowadzi przez las i otwarte hale na granicy, drugie jest krótkim łącznikiem między schroniskami. Ma sens rozplanować wyjście z powrotem przez inną stronę, jeśli ma się kogoś z samochodem po obu stronach doliny.
Na Hali Lipowskiej nie ma płatnego parkingu bezpośrednio przy schronisku — trzeba zostawić auto niżej i iść na własnych nogach. To mi odpowiada. Schronisko nie jest dostępne samochodem i ta niedostępność jest częścią jego charakteru. Kto chce dotrzeć do środka, musi to zapracować nogami, choćby minimalnie.
Dla kompletności: schronisko PTTK na Hali Lipowskiej działa przez cały rok, choć poza sezonem lepiej sprawdzić aktualne godziny przed wyjściem. Latem jest tu tłocznie w weekendy — Beskid Żywiecki to jeden z bardziej uczęszczanych rejonów beskidzkich, a Hala Lipowska leży przy głównym szlaku grzbietowym. Marzec daje inny komfort — pustki, spokój, herbata bez kolejki.
