Schronisko górskie w Beskidach podczas wietrznej pogody z widokiem na zaśnieżone drzewa
Schroniska i kuchnia szlakowa

Halny w schronisku — wieczór, którego nie planowałem

Wyszedłem w słońcu, a o piętnastej zaczął wiać halny. Noc w schronisku na Hali Lipowskiej — nie planowałem jej, ale nie żałuję.

W tym artykule (4)
  1. Kwadrans po piętnastej
  2. Wieczór, którego nie planowałem
  3. Rano i zejście
  4. O hali i schronisku słów kilka

Wychodziłem rano w słońcu, z termosem i plecakiem na jeden dzień. Prognoza mówiła o wietrze od południa — ale umiarkowanym, jakieś trzydzieści kilometrów na godzinę, nic niepokojącego. Nie myślałem o nocowaniu. Śpiwór w domu, karta kredytowa w portfelu, plan prosty: góra do piętnastej, zejście, wieczór przy kolacji w Korbielowie i samochód po wszystkim. Tak wyglądało to rano przy kawie.

Hala Lipowska leży na grzbiecie między Romanką a Pilskiem, na wysokości jakieś 1320 metrów. Schronisko PTTK stoi tu od dziesięcioleci — solidna drewniana bryła z dymem z komina przez pół roku, widoczna z odległości, gdy wychodzi się z lasu na halę. Dojście z Korbielowa zajmuje mi zazwyczaj nieco ponad dwie godziny spokojnego marszu, zależy od tego, ile razy się zatrzymuję i jak wyglądają warunki. Tego dnia szło mi dobrze — byłem na górze przed jedenastą, z całym dniem przed sobą.

O trzynastej siedziałem na ławce przed schroniskiem z kawą z termosu i krojonym chlebem z serem, kupionym rano przy drodze. Słońce świeciło nisko, ale wyraźnie — taki lutowy blask, który daje trochę ciepła, kiedy wiatr akurat nie wieje. Widok na Babią Górę po lewej, zarys Pilska przez śniegi. Planowałem zejść do Korbielowa godzina czternasta, być przy samochodzie przed szesnastą. Rozsądny plan jak na rozsądny dzień.

Kwadrans po piętnastej

Halny przyszedł szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał — przynajmniej szybciej niż ja. Jeszcze o czternastej siedziałem przy stole w schronisku nad herbatą i myślałem, że zaraz wychodzę. Kwadrans po piętnastej wiatr nagle zmienił kierunek o jakieś dziewięćdziesiąt stopni i po kilku minutach grzbiet był już w gęstej mgle. Temperatura w pięć minut spadła może o osiem stopni — wyraźnie, fizycznie, w sposób, który czujesz na skórze zanim sprawdzisz termometr. Drzewa za szybą zaczęły wyginać się w jedną stronę i wydawać ten charakterystyczny głuchy huk rozkładający się wzdłuż grzbietu, który słyszało się raz, to się go nie zapomina.

Halny na otwartej beskidzkiej hali to nie jest ładna rzecz. Porywy po sześćdziesiąt, osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, wiatr ciepły ale bardzo silny, zrywający z grzbietów śnieg i miotający nim na boki. Schodzenie w lesie przy takim wietrze jest nieprzyjemne i realne ryzykowne — gałęzie i konary spadają bez ostrzeżenia, głos nie niesie się więcej niż na kilka metrów, orientacja się psuje. Miałem przy sobie kaszkiet i polartek, nie kask i nie hardshell. Decyzja o zostaniu na noc przyszła sama, zanim zdążyłem się długo wahać — stałem już przy drzwiach schroniska, kiedy ją ostatecznie potwierdziłem.

Gospodyni powiedziała, że jest wolne miejsce na piętrze — nocleg sześćdziesiąt pięć złotych. Zapytała, czy zjem kolację. Odpowiedziałem, że tak, i że może jeszcze herbatę, jeśli można. Potem raz jeszcze spojrzała przez okno na drzewa tańczące w jedną stronę i kiwnęła głową, jakby potwierdzała decyzję, którą podjąłem bez niej i bez konsultacji z prognozą, która się myliła.

Wieczór, którego nie planowałem

W schronisku oprócz mnie były jeszcze dwie osoby. Mężczyzna gdzieś koło pięćdziesiątki — powiedział, że jest ze Śląska, że chodzi po beskidzkiej stronie od dwudziestu lat, że zna ten halny i że widział rano, że coś się zbiera w chmurach, ale wyszedł i tak, bo prognozy to jedna historia, a góry to inna. I druhna z Żywca, trochę po trzydziestce, która szła na Pilsko i zawróciła z połowy grzbietu między Lipowską a Romanka — wiatr był za mocny na trawersowanie otwartego terenu i miała dosyć rozsądku, żeby zejść zanim zrobiło się naprawdę źle.

Zupę soczewicową, kapustę z grzybami, herbatę z miętą — gospodyni nam to przyniosła bez większego pytania i bez karty z menu, jakby wiedziała, że po takim dniu nikt nie będzie kombinował ani wybierał długo. Usiedliśmy przy stole pod oknem. Za oknem było coraz ciemniej i coraz głośniej — wiatr dochodził falami i między falami była taka chwila ciszy, kiedy słyszało się tylko ogień w kominku i własne myśli.

Kominek dymił trochę przy silniejszych porywach, które wciskały dym z powrotem przez komin. Nie na tyle dużo, żeby wychodzić — ale na tyle, żeby zapach dymu był obecny przez cały wieczór, mieszając się z miętą z herbaty i igliwiem przez szpary w starym okiennym framudze. Przez szybę widziałem tylko czerń i sylwetki świerków miotające się wzdłuż grzbietu.

Ten mężczyzna ze Śląska zaczął mówić w pewnym momencie — nie wiem dokładnie kiedy, bo zaczął niepostrzeżenie, tak jak się mówi do kominka, do nikogo konkretnego i do wszystkich jednocześnie. Opowiedział o tym, że w 1991 roku szedł zimą przez ten sam grzbiet z ojcem. Że ojciec nie żyje od sześciu lat. Że ostatni raz wyszli razem w 2019 roku właśnie tutaj, na Halę Lipowską, bo ojciec już nie dawał rady wyżej i wiedział o tym. Siedzieli podobno na tej samej ławce przed schroniskiem, co ja rano, i patrzyli na Babią Górę. Mówił o tym spokojnie, bez sentymentalizmu ani patosu — jakby opowiadał o trasie autobusu albo o zamkniętym sklepie przy drodze. Druhna z Żywca słuchała, ja słuchałem. Gospodyni zabrała talerze i przez długi czas nie wróciła do izby.

Nie wiem, jak długo ta rozmowa trwała. Może godzinę, może półtorej. W pewnym momencie mężczyzna zatrzymał się w połowie zdania, spojrzał przez okno na te ciemne drzewa i powiedział tylko: no i tak. Dwie sylaby, żadnego ciągu dalszego. Skończyliśmy herbatę. Poszedł do pokoju bez dalszych słów. Druhna z Żywca jeszcze chwilę siedziała, potem też poszła. Zostałem przy kominku sam przez ostatnie pół godziny, patrząc na żar pod rusztem.

Rano i zejście

Wiatr zelżał koło czwartej w nocy — słyszałem to przez sen. Najpierw było głośno i rytmicznie, potem nagle cisza, potem znowu wiatr, ale inny, łagodniejszy, bez tej wściekłości co poprzedniego wieczoru. Zasnąłem po raz drugi i obudziłem się dopiero o siódmej rano w całkowitym spokoju.

Za oknem było jasno i cicho. Zostały tylko połamane gałęzie na szlaku, błoto przy wejściu do schroniska i ten specyficzny spokój po silnym wietrze, kiedy góry stoją jak stały, a ślad po nocnym hałasie minął bez reszty jak coś, czego nie było. Zewnątrz było pięknie — ten rodzaj poranka, który zdarza się tylko po złej nocy. Zjadłem jajecznicę z chlebem, wypiłem kawę ze skondensowanym mlekiem, bo tak podawała gospodyni, zapłaciłem za nocleg i kolację razem sto dziesięć złotych, podziękowałem jej za wieczór i za herbatę z miętą.

Zszedłem do Korbielowa w godzinę czterdzieści — szlak po halnym jest posprzątany z luźnego śniegu przez siłę wiatru, trochę więcej błota przy zejściu w lesie, ale idzie się szybko, kiedy nogi się budzą z nocnego bezruchu. Po drodze minąłem dwójkę turystów idących do schroniska z Korbielowa — powiedzieli, że warunki wyglądają dobrze i że słyszeli, iż nocna burza była poważna. Skinąłem głową. Przez całą drogę w dół myślałem o tym, że gdyby nie halny, byłbym przy samochodzie poprzedniego wieczoru przed szesnastą i nie usłyszałbym tej opowieści. Nie wiem, jak ma na imię ten mężczyzna ze Śląska — zapomnieliśmy się przedstawić, albo powiedział i nie zapamiętałem. Pamiętam za to dokładnie, jak mówił o tym ostatnim wyjściu z ojcem w 2019 roku i jak po tym milczeniu powiedział: no i tak.

Nieplanowane noce w schroniskach są czasem lepsze od tych planowanych. Nie z powodu wyjątkowej pogody, dymnego kominka ani herbaty z miętą. Z powodu ludzi, których spotykasz tylko dlatego, że zatrzymał Was wszystkich w tym samym miejscu przy tym samym stole. Tej nocy na Hali Lipowskiej byłem tam, gdzie powinienem być — chociaż rano w ogóle tak nie planowałem.

O hali i schronisku słów kilka

Hala Lipowska to jedno z bardziej znanych miejsc w paśmie Romanki i Pilska w Beskidzie Żywieckim. Niedaleko jest Hala Rysianka z popularnym schroniskiem, ale Lipowska ma swój osobny charakter — trochę cichsza, mniej oblegana przez grupowe wycieczki szkolne. Dojście z Korbielowa jest standardowe i nie wymaga specjalnego opisu: szlak zielony z centrum wsi, w górę przez las, potem otwarta hala z widokiem na Babią Górę i Pilsko. W lecie chodzi tu sporo ludzi, szczególnie w weekendy. W lutym — znacznie mniej.

Schronisko PTTK na Hali Lipowskiej funkcjonuje od dziesięcioleci i ma tę właściwość, że nigdy nie jest ani zbyt turystyczne, ani zbyt ekskluzywne. Jedzenie jest proste i dobre: żurek, kapusta, bigos, herbata. Nocleg w pokojach wieloosobowych albo w sali wspólnej — ceny schroniskowe, czyli niewygórowane jak na warunki górskie. Gospodyni tego wieczoru — nie pytałem, jak ma na imię — była jedną z tych osób, które wiedzą, co ludzie potrzebują po złym dniu w górach, bez potrzeby pytania. To rzadka umiejętność.

Zostałem tej nocy w miejscu, do którego nie planowałem wracać następnego dnia. Ale to się w górach zdarza — warunki decydują za nas, jeśli im na to pozwolimy. Halny jest jednym z tych zjawisk, które regularnie resetują plany w Beskidach i Tatrach. Przychodzi bez ostrzeżenia, zmienia kierunek wiatru i temperaturę w kilka minut, i sprawia, że najmądrzejsza decyzja to ta, którą podejmuje się przy zamkniętych drzwiach schroniska od środka.

Następnym razem, gdy będę planował wyjście z prognozą mówiącą o umiarkowanym wietrze od południa — wezmę śpiwór do plecaka. Na wszelki wypadek. Dodaje może kilogram i pół, ale zamknięte drzwi schroniska w środku halnego wyglądają zupełnie inaczej, kiedy wiem, że mam gdzie spać nawet bez właściciela. I wezmę gotówkę — bo schroniska PTTK w Beskidach nie zawsze mają terminal do kart, a halny nie pyta o preferowaną metodę płatności.