Widok z Babiej Góry na Beskid Żywiecki, panorama szczytu Diablak
Beskid Żywiecki

Babia Góra od strony Zawoi — szlak, który pokonałem trzy razy i wciąż mnie szanuje

Babia Góra (1725 m n.p.m.) od strony Zawoi to trasa, której nie da się odhaczyć raz i zapomnieć. Byłem tam trzy razy i za każdym razem inaczej.

W tym artykule (5)
  1. Dojazd i start z Zawoi
  2. Podejście przez kosodrzewinę
  3. Trzy wejścia, trzy wersje
  4. O tłumach na Babiej Górze
  5. Co zabrać i kiedy jechać

Pierwsze wejście na Babią Górę zrobiłem z ojcem, kiedy miałem może osiemnaście lat. Pamiętam, że szczyt był w chmurze, że wiał zimny wiatr nawet w sierpniu i że zjedliśmy kanapki siedząc na kamieniu, nie widząc nic dalej niż kilka metrów. Mimo to wróciłem. Dwa razy. Trzecie wejście było kilka sezonów temu i wciąż myślę, że Babia Góra należy do tej grupy tras, do których wraca się nie dlatego, że jest nowych rzeczy do odkrycia, ale dlatego, że każde wejście daje coś innego.

Babia Góra, a właściwie Diablak jako jej najwyższy wierzchołek, ma 1725 m n.p.m. To najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego i jeden z nielicznych masywów w Beskidach, który potrafi naprawdę zmieniać pogodę w ciągu godziny. Nie mówię tego dla dramatyzmu — trzy moje wejścia potwierdzają to empirycznie.

Dojazd i start z Zawoi

Zawoja leży jakieś czterdzieści kilometrów od Bielska-Białej drogą przez Żywiec. W weekendy parking przy Zawoi Centrum i przy tablicach wejścia na szlaki bywa pełny przed ósmą rano. Dojechałem tam w czerwcowy piątek po południu — jeszcze spokojnie. W sobotę rano o siódmej już był ruch.

Z Zawoi Centrum wychodzi szlak niebieski prowadzący przez Przyslop Jałowiecki i Kościółki do grani. To najdłuższe, ale i najbardziej rozłożone podejście od polskiej strony. Do szczytu stąd jakieś cztery do czterech i pół godziny, przy spokojnym tempie może pięć. Przewyższenie jest poważne — od parkingu w Zawoi do Diablaka różnica wysokości to niemal tysiąc czterysta metrów.

Wychodziłem z Zawoi Centrum za każdym razem, bo lubię to podejście przez stary las dolny. Jest w nim coś niespiesznego — przez pierwszą godzinę idziesz przez bukowy las bez panoram, po prostu las. Drzewa stare, gruby posusz, mech na kamieniach. Dopiero po Przysłopiu zaczyna robić się bardziej eksponowane i otwarte.

Podejście przez kosodrzewinę

W górnej partii szlak przechodzi przez rozległą strefę kosodrzewiny. Tu jest kamienisto i miejscami ślisko po deszczu — skały pokryte mchem lub glonami potrafią zaskoczyć. Buty z dobrą podeszwą to tu nie opcja, to konieczność. Szczególnie zejście w dół tą samą trasą bywa nieprzyjemne w mokrych warunkach.

W kosodrzewinie wiatr jest zawsze silniejszy niż w lesie. Nawet w czerwcu, przy słonecznej pogodzie, zabierz kurtkę wiatrówkę. Temperatura na grani potrafi być o dziesięć stopni niższa niż w dolinie przy Zawoi — to nie jest przesada.

Szlak przy samym szczycie jest stosunkowo tłoczny — nie ma innego słowa. Zbiegają się tu trasy z kilku stron: od polskiej przez Zawoje, od słowackiej przez Romankę i Przełęcz Brona. W sierpniowy weekend przy szczycie stoi kilkadziesiąt osób jednocześnie. To jest Babia Góra.

Trzy wejścia, trzy wersje

Pierwsze: chmura, zero widoczności, zimny wiatr. Byłem zmęczony i zadowolony, że w ogóle dotarłem. Schronisko na Markowych Szczawinach na powrocie uratowało nogi herbatą i żurkiem. Nie widziałem nic poza mgłą i mokrymi kamieniami, ale szczyt był — stałem na nim.

Drugie: słoneczny czerwiec, widok na Tatry z grani. Stałem może dwadzieścia minut patrząc na południe. Tatry, Małą Fatrę, zarys Sudetów przy dobrej widoczności. Zdjęcia nie oddają szerokości tego widoku — Babia Góra jest otoczona niższym terenem ze wszystkich stron, przez co panorama jest naprawdę szeroka.

Trzecie: sierpień, wychodziłem o świcie. Chciałem mieć szczyt przed dziewiątą, bo w sierpniu o dziesiątej na Babiej jest tłoczno. Udało się — byłem sam przez może kwadrans. Potem przyszły pierwsze grupy i spokój skończył się dość gwałtownie. Ale ten kwadrans sam na szczycie przy wschodzącym słońcu nad mgłami w dolinie był jednym z lepszych momentów w wielu sezonach chodzenia.

O tłumach na Babiej Górze

Babia Góra jest popularną trasą — powiedzmy to wprost. To Babia Góra, nie jakiś ukryty szczyt. W wakacje szlak od Zawoi w weekendy wygląda jak ruchliwy deptak, szczególnie środkowy odcinek przez Kościółki. Nie ma co się oburzać — to przestrzeń publiczna i każdy ma prawo tu chodzić.

Ale jeśli zależy Ci na spokoju, wychodzisz o szóstej rano albo jedziesz jesienią. Moje czerwcowe wejście w dzień powszedni dało mi może trzydzieści osób na całej trasie. To zupełnie inne doświadczenie niż sierpniowa sobota.

Październikowa Babia Góra ma własną magię — puste szlaki, kolorowe buki w dolnych partiach, mgła w dolinach kiedy sam jesteś powyżej. Trzeba tylko szanować, że dzień jest krótszy i pogoda bardziej zmienna. Wychodzę wtedy przed ósmą bez wyjątku.

Co zabrać i kiedy jechać

Lista na wejście od Zawoi:

  • kurtka wiatrówka i warstwa izolacyjna — na grani temperatura spada nawet w lecie
  • dwa litry wody — przy długich podejściach strumieni brakuje na górnym odcinku; ostatni pewny strumień jest w dolnym lesie
  • buty z wysoką cholewką lub dobrym owijaniem kostki — kamieniste zejście z kosodrzewiny to test butów
  • czołówka jeśli wychodzimy wcześnie lub przewidujemy powrót po zmroku
  • mapa lub ślad GPS offline — szlak jest dobrze oznakowany, ale przy złej widoczności to ubezpieczenie

Najlepszy czas: czerwiec lub wrzesień. Lipiec i sierpień można — ale liczyć się z ludźmi i z gwałtownymi burzami po południu. Październik ma swój urok, ale dzień krótki i pogoda niepewna.

Wrócę tam pewnie jeszcze nieraz. To jedna z tych tras, do których wracam nie dlatego, że jest nowa — ale dlatego, że za każdym razem jest trochę inna. Inne niebo, inny wiatr, inny poziom zmęczenia w nogi. Wystarczy.