W tym artykule (4)
Dotarłem tu po południu, kiedy większość turystów schodziła już w dół. Zielony Staw (Zelené pleso) leżał przed schroniskiem spokojny — ta szmaragdowozielona woda, od której staw wziął nazwę, naprawdę wygląda tak jak na fotografiach. Przez chwilę stałem przy wejściu i patrzyłem na wodę. Potem wszedłem, zamówiłem pokój i gulasz.
Chata pri Zelenom plese istnieje od 1894 roku. Nie jest to najstarsze schronisko w Tatrach, ale jest jednym z tych, które zachowały charakter. Drewniane ściany w jadalni, stare fotografie, lista szczytów na tablicy, kilka par butów suszących się przy wejściu — to nie jest inscenizacja historii, to schronisko, które działa od ponad stu lat i nie zmieniło tego, co nie wymagało zmiany.
Jak tu dotrzeć
Najwygodniejsze dojście prowadzi z Kieżmarku przez Białą Dolinę (Biela dolina) lub z Tatrzańskiej Kotliny przez Dolinę Kieżmarską. Pierwszym wariantem idzie się trzy do trzech i pół godziny pod górę — ścieżka przez las, potem żleb skalny i wreszcie otwarty teren przy stawie. Drugie dojście jest krótsze — dwie do dwóch i pół godziny — ale bardziej techniczne w górnej części.
Z polskiej strony można wejść przez Przełęcz pod Kopą od strony Zakopanego, ale to znacząco wydłuża drogę. Jeżdżę od strony słowackiej — z Kieżmarku lub ze Starego Smokowca, gdzie są parkingi i komunikacja lokalna.
Noc w schronisku
Pokój kosztuje 25–30 euro od osoby ze śniadaniem. W sezonie (lipiec–sierpień) rezerwacja z kilkutygodniowym wyprzedzeniem jest wskazana — schronisko ma ograniczoną liczbę miejsc i jest popularne wśród słowackich turystów, którzy traktują je jako punkt startowy na Ľadové pleso i wyżej. Sypialnia wieloosobowa jest tańsza — 18–20 euro, ale w sierpniu prawdopodobieństwo, że będziesz spał z chrapiącym Słowakiem po lewej, jest wysokie. Sprawdzone.
Kolacja jest powodem, żeby przyjechać: bryndzové halušky (8–10 euro), kapustnica (6–7 euro), gulasz z dziczyzny (12–14 euro). Porcje są poważne — nie restauracyjne, ale schroniskowe, czyli naprawdę syte. Kucharz wyraźnie rozumie, że ludzie przychodzą tu po sześciu godzinach w terenie. Przy sąsiednim stoliku para z Czech zamówiła po dwie porcje halušek i syrek červený. Nie oceniałem ich, wręcz przeciwnie.
Wieczór w jadalni. Kilkanaście osób rozrzuconych przy różnych stołach, dwie rozmowy po słowacku, jedna po czesku, jedna po angielsku między dwójką Niemców. Nikt się nie śpieszy, wszyscy są zmęczeni w dobry sposób. Takie wieczory w schroniskach są równie dobre jak same szczyty.
O świcie przy stawie
Wstałem o szóstej, zanim jadalnia otworzyła się na śniadanie. Staw o tej porze jest inny niż w południe — cisza, pierwsze słońce na grani Tatr, kilka kamieni na brzegu zalanych różowym światłem. Zrobiłem tu więcej zdjęć niż gdziekolwiek indziej w tym roku.
Śniadanie to chleb z masłem, ser, dżem i kawa lub herbata. Proste, wystarczające. O ósmej schodziłem z powrotem przez las. Nie byłem sam — kilkanaście osób wchodziło w górę z plecakami i ambitnym wyrazem twarzy. Minęliśmy się bez słów, co jest jedną z lepszych tatrzańskich tradycji.
Czego się tu nie ma
Chata pri Zelenom plese to schronisko, do którego się wraca nie ze względu na wygodę — pokoje są proste, łazienki wspólne, wifi słabe albo żadne. Prysznic raz dziennie, o stałych godzinach. Ładowanie telefonu przy korytarzu przy gniazdku, które ktoś inny zajął wcześniej.
Wraca się po to samo, po co się wychodzi w góry: żeby na chwilę być gdzieś, gdzie czas działa inaczej. Schronisko z 1894 roku nie zostało otwarte dla turystów z Instagram-polisą. Zostało otwarte dla ludzi, którzy szli w góry i potrzebowali miejsca na noc. To nadal to samo miejsce, nawet jeśli teraz płaci się kartą.


