W tym artykule (4)
W grudniu zacząłem od nowa. Pierwsze wyjście po długiej przerwie — Klimczok 1117 m od Szczyrku — zajęło mi prawie cztery godziny w obie strony i nazajutrz miałem zakwasy w łydkach jakbym biegał sprint. Dziś na Klimczok wchodzę w niecalę dwie godziny i schodząc myślę co zrobię jutro.
Nie piszę tego żeby się chwalić. Piszę, bo przez te pół roku obserwowałem siebie — bezwiednie, bo nie prowadzę dziennika — i teraz, gdy patrzę wstecz, widzę kilka rzeczy, które się naprawdę zmieniły. Nie tylko kondycja fizyczna.
Kondycja — to oczywiste, ale nie tak jak myślisz
Oczekiwałem że po kilku miesiącach będę szybszy. I jestem — ale co mnie zaskoczyło, to że zmieniło się tempo zmęczenia, a nie tempo marszu. Trzy godziny podejścia nie kończy się już u mnie poczuciem że trzeba się położyć i nie wstawać przez godzinę. Nogi są zmęczone, ale nie trzęsą się przy zejściu. To inne zmęczenie.
Kolana też. Miałem przez kilka lat sporadyczny ból przy dłuższych zejściach — klasyczna sprawa po czterdziestce. W tym sezonie nie czułem go ani razu. Mógł zniknąć przez kondycję mięśniową albo przez kijki, których używam regularnie od marca. Pewnie jedno i drugie.
Nawyki, których się nie spodziewałem
Zacząłem chodzić spać wcześniej — nie dlatego że sobie postanowiłem, ale dlatego że wyjście sobotniego o szóstej rano wymaga czegoś konkretnego w piątek wieczorem. Przez lata odkładałem piątkowe wieczory na seriale i późne kolacje. Teraz mam niespójną rutynę: o dwudziestej druga kolacja, o dwudziestej drugiej idę spać.
Jem inaczej w weekendy. Nie chodzi o zdrowe odżywianie w sensie dietetycznym — chodzi o to że po długim marszu mam inne potrzeby. Chcę jedzenia konkretnego i sytego: dużo białka, ziemniaki, zupa. Kanapkowy lunch który jadałem przez lata przed powrotem do gór przestali mi smakować w sobotę wieczorem po powrocie z trasy.
Co mnie wciąż zaskakuje
Nie przyzwyczaiłem się do widoków. Myślałem że po kilkudziesięciu wyjściach ten efekt minie — że panorama z Pilska 1557 m albo widok z Chopoka 2024 m będzie po prostu znana i oczekiwana. Nie minął. Każde wyjście na otwartą panoramę daje tę samą chwilę bezruchu.
Przyzwyczaiłem się do logistyki — wyjazd, parking, ekwipunek, czas powrotu. To działa automatycznie. Nie przyzwyczaiłem się do górskiego powietrza przy schodzeniu przez regieł. To nadal jest intensywne.
Mam też coraz mniej cierpliwości do złego ekwipunku. Po latach chodzenia w pierwszych lepszych butach — i jednym sezonie w porządnych — nie ma powrotu. To samo z kurtką na wiatr i plecakiem. Gdy nogi i grzbiet nie bolą, myślisz o trasie, a nie o dyskomforcie. Prosta różnica.
Ile tego trzeba
Chodziłem mniej więcej raz w tygodniu — w weekendy. Czasem dwa razy, gdy były dwa wolne dni w połowie tygodnia. Rzadko więcej. Praca, dom, inne sprawy. Nie robiłem z tego projektu — po prostu wychodziłem.
Jeden dzień w tygodniu w górach wystarczy, żeby poczuć przez resztę tygodnia że coś tam się zmieniło. Nie filozoficznie — po prostu lepiej śpię, mniej siedzę sztywno przy komputerze w poniedziałek, szybciej chodzę po schodach. Może to placebo. Może nie.
Nie planuję rekordu odwiedzonych szczytów ani zbierania pieczątek. Plan jest ten sam co przez ostatnie pół roku: w sobotę rano wyjazd, wieczorem powrót, w niedzielę odpoczynek. A jeśli w niedzielę pogoda dopisuje i nogi chcą — to może jeszcze jeden szlak.

