Samotny turysta na górskim grzbiecie o zachodzie słońca
Refleksje sezonowe

Po pół roku marszu — co zmienił powrót do gór

Sześć miesięcy regularnych wyjść po Beskidach i słowackich górach. Kilka obserwacji o tym, co się zmienia, gdy chodzi się regularnie — bez filozofowania.

W tym artykule (4)
  1. Kondycja — to oczywiste, ale nie tak jak myślisz
  2. Nawyki, których się nie spodziewałem
  3. Co mnie wciąż zaskakuje
  4. Ile tego trzeba

W grudniu zacząłem od nowa. Pierwsze wyjście po długiej przerwie — Klimczok 1117 m od Szczyrku — zajęło mi prawie cztery godziny w obie strony i nazajutrz miałem zakwasy w łydkach jakbym biegał sprint. Dziś na Klimczok wchodzę w niecalę dwie godziny i schodząc myślę co zrobię jutro.

Nie piszę tego żeby się chwalić. Piszę, bo przez te pół roku obserwowałem siebie — bezwiednie, bo nie prowadzę dziennika — i teraz, gdy patrzę wstecz, widzę kilka rzeczy, które się naprawdę zmieniły. Nie tylko kondycja fizyczna.

Kondycja — to oczywiste, ale nie tak jak myślisz

Oczekiwałem że po kilku miesiącach będę szybszy. I jestem — ale co mnie zaskoczyło, to że zmieniło się tempo zmęczenia, a nie tempo marszu. Trzy godziny podejścia nie kończy się już u mnie poczuciem że trzeba się położyć i nie wstawać przez godzinę. Nogi są zmęczone, ale nie trzęsą się przy zejściu. To inne zmęczenie.

Kolana też. Miałem przez kilka lat sporadyczny ból przy dłuższych zejściach — klasyczna sprawa po czterdziestce. W tym sezonie nie czułem go ani razu. Mógł zniknąć przez kondycję mięśniową albo przez kijki, których używam regularnie od marca. Pewnie jedno i drugie.

Nawyki, których się nie spodziewałem

Zacząłem chodzić spać wcześniej — nie dlatego że sobie postanowiłem, ale dlatego że wyjście sobotniego o szóstej rano wymaga czegoś konkretnego w piątek wieczorem. Przez lata odkładałem piątkowe wieczory na seriale i późne kolacje. Teraz mam niespójną rutynę: o dwudziestej druga kolacja, o dwudziestej drugiej idę spać.

Jem inaczej w weekendy. Nie chodzi o zdrowe odżywianie w sensie dietetycznym — chodzi o to że po długim marszu mam inne potrzeby. Chcę jedzenia konkretnego i sytego: dużo białka, ziemniaki, zupa. Kanapkowy lunch który jadałem przez lata przed powrotem do gór przestali mi smakować w sobotę wieczorem po powrocie z trasy.

Co mnie wciąż zaskakuje

Nie przyzwyczaiłem się do widoków. Myślałem że po kilkudziesięciu wyjściach ten efekt minie — że panorama z Pilska 1557 m albo widok z Chopoka 2024 m będzie po prostu znana i oczekiwana. Nie minął. Każde wyjście na otwartą panoramę daje tę samą chwilę bezruchu.

Przyzwyczaiłem się do logistyki — wyjazd, parking, ekwipunek, czas powrotu. To działa automatycznie. Nie przyzwyczaiłem się do górskiego powietrza przy schodzeniu przez regieł. To nadal jest intensywne.

Mam też coraz mniej cierpliwości do złego ekwipunku. Po latach chodzenia w pierwszych lepszych butach — i jednym sezonie w porządnych — nie ma powrotu. To samo z kurtką na wiatr i plecakiem. Gdy nogi i grzbiet nie bolą, myślisz o trasie, a nie o dyskomforcie. Prosta różnica.

Ile tego trzeba

Chodziłem mniej więcej raz w tygodniu — w weekendy. Czasem dwa razy, gdy były dwa wolne dni w połowie tygodnia. Rzadko więcej. Praca, dom, inne sprawy. Nie robiłem z tego projektu — po prostu wychodziłem.

Jeden dzień w tygodniu w górach wystarczy, żeby poczuć przez resztę tygodnia że coś tam się zmieniło. Nie filozoficznie — po prostu lepiej śpię, mniej siedzę sztywno przy komputerze w poniedziałek, szybciej chodzę po schodach. Może to placebo. Może nie.

Nie planuję rekordu odwiedzonych szczytów ani zbierania pieczątek. Plan jest ten sam co przez ostatnie pół roku: w sobotę rano wyjazd, wieczorem powrót, w niedzielę odpoczynek. A jeśli w niedzielę pogoda dopisuje i nogi chcą — to może jeszcze jeden szlak.