Apteczka turystyczna rozłożona na trawie przy plecaku
Porady i bezpieczeństwo

Apteczka, która mieści się w pokrywie plecaka

Mała apteczka w pokrywie plecaka kilka razy uratowała skórę mnie i innym na szlaku. Piszę, co tam noszę i dlaczego.

W tym artykule (4)
  1. Lekka apteczka, którą się nosi
  2. Co mam w środku
  3. Jesienią w Beskidach jest pusto
  4. Czego nie noszę

Kilka sezonów temu szedłem na Czantorię z sąsiadem, który po godzinie marszu zaczął utykać. Pęcherz, i to z tych dużych, które bolą przy każdym kroku. Nie miał przy sobie nic: ani plastra, ani chusty. Ja miałem, więc skończyło się dobrze. Ale zapamiętałem to na długo.

Od tamtej pory czasem słyszę pytanie, co mam w tej pokrywie plecaka, że zawsze coś się znajdzie. Odpowiedź jest nudna: trzymam tam apteczkę. Małą, lekką, skompletowaną przez lata prób i błędów. Piszę o niej nie dlatego, że odkryłem coś przełomowego, tylko dlatego, że co roku jesienią widzę na szlakach ludzi bez niczego. I to w Beskidach, gdzie mgła potrafi zejść w dziesięć minut.

Lekka apteczka, którą się nosi

Widziałem apteczki ze sklepów turystycznych. Mają po trzydzieści kilka elementów, ważą prawie pół kilo i po pierwszym wyjściu lądują w szafie. Moja zajmuje mniej więcej tyle miejsca co dwa banany. Tyle że na Baraniej Górze (1220 m) w październikowej mgle przydaje się bardziej niż banan.

Zasada jest jedna: nosisz tylko to, czego umiesz użyć i co może się przydać w ciągu jednego dnia w terenie. Nie noszę szyny ortopedycznej. Noszę rzeczy, które przydają się, zanim dotrą ratownicy albo zanim sami zejdziemy do drogi.

Co mam w środku

Lista jest krótka. Plastry w kilku rozmiarach: zwykłe i jeden lub dwa hydrokoloidowe na pęcherze. Od tych drugich zależy, czy idziesz dalej, czy po trzech kilometrach zawracasz.

Jeden szeroki bandaż elastyczny. Przy skręconej kostce na kamienistym zejściu ze Skrzycznego (1257 m) sięgam po niego w pierwszej kolejności. Nie leczy, ale stabilizuje staw na czas zejścia. Do tego kilka jałowych gazików i plaster na rolce, który tnę na potrzebną długość.

Chusta trójkątna. Jeden kawałek materiału, który służy za temblak, opatrunek uciskowy i osłonę przed zimnem, kiedy ktoś musi usiąść, a nagle robi się chłodno. W październiku, gdy w ciągu godziny potrafi się ochłodzić o osiem stopni, to żaden nadmiar.

Trzy, cztery agrafki. Ich brak czuć dopiero wtedy, gdy chusta nie chce zostać na miejscu.

Mała buteleczka żelu albo spray do dezynfekcji. Nie zestaw chirurgiczny, tylko coś, czym przemyję ranę przed założeniem opatrunku. Na szlaku rana szybko się brudzi, zwłaszcza po upadku na mokrych korzeniach.

Tabletki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe. Ta pozycja budzi dyskusje, bo ból jest sygnałem i maskowanie go bywa niebezpieczne. Co do zasady to prawda. Ale dwie tabletki ibuprofenu przy rozbitym kolanie na początku długiego zejścia często decydują o tym, czy zejdziesz sam, czy trzeba będzie wzywać GOPR. Każdy musi to rozważyć sam.

Folia NRC. Mieści się w kieszeni kurtki, waży dwadzieścia gramów, a przy hipotermii albo wstrząsie robi to, czego nic innego w tym rozmiarze nie zrobi. Jesienią w Beskidach to obowiązek.

Jesienią w Beskidach jest pusto

Październik i listopad to miesiące, w których szlaki pustoszeją, a warunki potrafią się szybko zmienić. Na Pilsku (1557 m) albo na Rysiance (1322 m) mgła potrafi ograniczyć widoczność do kilkudziesięciu metrów. Mokre kamienie na zejściu z Leskowca (922 m) są zdradliwe nawet dla kogoś, kto chodził tamtędy kilkanaście razy. Skręcone kostki, otarcia po poślizgnięciu, hipotermia przy źle dobranym ubraniu: to wszystko się zdarza.

Nie piszę tego, żeby odstraszać. Piszę, bo właśnie w tym sezonie mam Beskidy dla siebie. Tyle że jeśli coś się stanie, pomoc może być dalej niż latem.

Czego nie noszę

Nie noszę nożyczek ratowniczych, bo na jednodniowe wyjście do schroniska na Hali Lipowskiej to przesada. Nie noszę igły do pęcherzy. Raz spróbowałem, pęcherz się zakaził i wróciłem do plastrów hydrokoloidowych. Nie noszę opaski uciskowej, bo nie jestem przeszkolony w jej zakładaniu. Sprzęt, którego nie umiesz używać, może narobić więcej szkody niż jego brak.

Wiem, że to brzmi jak wymówka. Dlatego dodam: kurs pierwszej pomocy to kilka godzin, jakieś sto kilkadziesiąt złotych i wiedza na lata. Gdybym miał polecić jedno uzupełnienie apteczki, poleciłbym właśnie kurs. Umiejętność, a nie kolejny gadżet.

Apteczka leży zawsze w tej samej kieszeni pokrywy. Wiem, że tam jest, i nie muszę jej szukać. To wystarczy, żeby w nagłej sytuacji nie tracić czasu na grzebanie w głównej komorze.