W tym artykule (4)
Znam ten widok. Szlak robi długi serpentyn w prawo, zagina się o może osiemdziesiąt metrów, a prosto przed tobą jest przetarta ścieżka przez trawę — widać, że ktoś tu chodził regularnie. Prościej, szybciej, bez pół kilometra dodatkowego marszu. Ale nie.
Nie chodzę na skróty i to nie jest pozowanie na eko-bojownika. Jest kilka konkretnych powodów.
Erozja jest realna
Oficjalne szlaki są projektowane tak, żeby woda deszczowa spływała na boki, a nie wzdłuż trasy. Serpentyny, nacięcia poprzeczne, utwardzone fragmenty w miejscach o dużym ruchu — to nie jest przypadek, to praca ludzi, którzy wiedzą, jak woda niszczy stoki.
Skrót idzie prosto w górę. Woda też. Każdy deszcz płucze ścieżkę, zabiera glebę, odsłania korzenie, pogłębia rowek. Po kilku sezonach masz rów, który sam w sobie zaczyna przyciągać następnych turystów — bo zrobił się wyraźniejszy niż szlak. A po bokach tego rowu — wydeptana gleba, martwa roślinność, brak humusu, który nie wróci przez kilka lat.
Widziałem to na Leskowcu, widziałem na podejściu pod Stożek od strony Wisły, widziałem na Klimczoku. Skróty przez trawniki i zbocza trawiaste są może widoczne przez sezon, potem robią się trwałymi bliznami.
Zagubić się jest łatwiej, niż myślisz
Skrót przez las wygląda prosto w słońcu. W mgle, w deszczu, po zmroku — przestaje wyglądać prosto. Las jest lasem — podobne drzewa, podobne przestrzenie między nimi, żadnych znaków na kamieniach ani drzewach. GPS w telefonie może mieć słaby sygnał pod koronami, a mapa pokazuje szlak oficjalny, nie twoje zuchwalstwo sprzed dwóch godzin.
Nie mówię, że każdy skrót kończy się wezwaniem GOPR. Mówię, że ryzyko błędu przy zejściu ze szlaku jest realne i wzrasta przy złej pogodzie, zmęczeniu i braku dobrego oświetlenia. Wszystkie trzy stany nachodzą na siebie regularnie przy dłuższych wyjściach.
Znam historię — nie z pierwszej ręki, ale z wiarygodnego źródła — kiedy doświadczona osoba wybrała oczywisty leśny skrót na zejściu i spędziła dwie godziny na szukaniu szlaku. Nic strasznego, ale nieprzyjemne i niepotrzebne.
Kwestia prawa
W Polsce ruch poza szlakami w parkach narodowych jest zakazany — dotyczy to Babiogórskiego PN, każdego parku w Tatrach. W parkach krajobrazowych i na terenach prywatnych sytuacja jest różna, ale domyślnie — nie idziesz tam, gdzie nie ma szlaku.
Na Słowacji podobnie — parki narodowe mają swoje regulacje dotyczące ruchu. W Slovenský raj, o którym pisałem wcześniej, wąwozy są dosłownie jednokierunkowe — to nie jest sugestia, to przepis.
Nie przytaczam tutaj konkretnych artykułów ustaw, bo się zmieniają i nie chcę podawać nieaktualnych informacji. Ale zasadę dobrze znać: park narodowy to zakaz, reszta — sprawdzaj lokalnie.
Skrót, który skraca o pięć minut
To jest argument, który słyszę najczęściej. To tylko pięćdziesiąt metrów, przejdę tamtędy szybciej. Pięćdziesiąt metrów przez łąkę pod szczytem, gdzie trawy są krótkie i teren płaski. Może i tak. Ale gdy kilkanaście osób dziennie robi to samo — przez sezon to kilkaset przejść. Ścieżka robi się widoczna, rośliny giną, gleba odkryta.
Jestem weekendowym wojownikiem, nie świętoszkiem. Wiem, że moje wyjścia mają swój ślad ekologiczny — dojeżdżam samochodem, kupuję buty z syntetycznych materiałów, zostawiam paragon w schronisku. Nie będę udawać, że jestem bez grzechu. Ale trzymanie się szlaku to minimum — kosztuje mnie zero dodatkowego wysiłku i daje coś konkretnego w zamian.
Ten serpentyn, który wydaje się bez sensu — ma sens. Projektowali go ludzie, którzy chodzą po górach dłużej niż ja i wiedzą, co robi woda na zboczu.


