W tym artykule (4)
Wchodzę na Klimczok w połowie października i mgła siedzi na grzbiecie od samego rana. Wiem to zanim zacznę podejście — widać po tym, że szczytu nie ma. Jest dolina, jest Bielsko-Biała, jest linia drzew na pierwszym wzniesieniu, a potem szary ścieg chmury. Normalny człowiek by sprawdził prognozę i wrócił do domu. Ja wchodzę.
Klimczok ma 1117 m n.p.m. Znam go dobrze — byłem tu pewnie ze dwadzieścia razy przez lata, w różnych warunkach. Wiem, gdzie jest ławka pod schroniskiem, wiem, gdzie szlak jest błotnisty po deszczu, wiem, gdzie od grzbietu otwiera się widok na Baranie Górę — gdy jest dobra pogoda. W mgle jest inaczej. Jest lepiej.
Słyszenie zamiast widzenia
Mgła eliminuje panoramę i bardzo wyostrza resztę. Liście na szlaku — mokre, lepkie, głośne pod stopą. Wiatr w koronach — ciągły, zmienny, nie taki jak latem, gdy drzewa tłumią go gęstością listowia; jesień otwiera las, wiatr idzie głębiej. Gdzieś w górze ptak — ostry, głośny okrzyk, potem cisza.
Chodzenie we mgle zmienia rytm. Idę wolniej, bo nie wiem co jest za kolejnym zakrętem — może skała, może pień przez szlak, może inny turysta. Nie ma perspektywy, która daje czas na reakcję. Jest tu i teraz i pięć metrów przed nosem.
Nie wiem, czy to dobre, czy złe. Jest po prostu inne.
Październik a inne miesiące
Lipiec to miesiąc widoków. Sierpień to miesiąc upałów i tłumów. Wrzesień jest przejściowy — raz liście, raz jeszcze lato. Ale październik ma swój własny charakter. Mgły są inne niż letnie — gęstsze, niżej leżące, bardziej stałe. Kolory — te które jeszcze zostały — są intensywniejsze przez wilgoć. Cisza na szlaku jest głębsza, bo większość turystów skończyła sezon.
Liczba ludzi na szlakach spada przez październik wyraźnie. Na Klimczoku w połowie miesiąca spotkałem przez cztery godziny może pięć osób. Na Leskowcu — podobnie. To ten moment sezonu, kiedy szlak znowu ma się dla siebie.
Jest też kwestia długości dnia. W październiku słońce zachodzi około siedemnastej trzydzieści, na początku listopada przed szesnastą. To wymusza inne planowanie — start wcześnie, powrót przed zmrokiem, bez rozciągania trasy do ostatniej chwili. Przy dobrym planowaniu to nie jest ograniczenie — to po prostu parametr do uwzględnienia.
Schroniska w październiku
Lubię schroniska w październiku. Są spokojne, ciepłe, pachną herbatą i czymś gotowanym na piecu. Obsługa nie jest wystresowana kolejkami turystów. Można usiąść przy oknie, poczekać na kawę tyle ile trzeba, porozmawiać albo nie.
Schronisko na Klimczoku jest otwarte przez październik, podobnie te na Pilsku, Hali Rysianka, Leskowcu. Część zamknie się z końcem miesiąca albo przejdzie w tryb weekendowy. Jeśli ktoś chce zaliczyć jesienną noc w górach — październik jest ostatnim rozsądnym terminem przed prawdziwą zimą.
Jedna uwaga: w październikowe weekendy przy dobrej pogodzie schroniska potrafią być pełne — ludzie, którzy skończyli wakacyjne plany, nagle odkrywają, że góry są tuż obok. Żeby trafić na spokój — środa, czwartek, albo weekend pod warunkiem rezerwacji z wyprzedzeniem.
Co zabieram w październiku
Lista się zmienia w stosunku do lata. Dochodzą cieplejsze skarpety — merino, nie syntetyk. Dodatkowa warstwa termiczna w plecaku, bo na grzbiecie przy wietrze temperatura może spaść do dwóch–trzech stopni nawet w połowie miesiąca. Czołówka — zawsze od października, bo wychodzę wcześnie i nie wiem czy wrócę przed zmrokiem.
Termos z herbatą. To jest chyba jedna rzecz, której nie biorę latem, a w październiku jest podstawą — nie dla ciepłoty, ale dlatego że herbata w terenie w zimny dzień to jedna z tych małych przyjemności, która sprawia że wyjście jest kompletne.
Na Klimczoku, gdy mgła w końcu opadła po południu, usiadłem na ławce przed schroniskiem z termosu herbaty i patrzyłem jak dolina powoli wyłania się z szarego puchu. Bielsko-Biała, drogi jak żyłki, kawałek rzeki błyszczący w niskim słońcu. Dwadzieścia minut i mgła wróciła. Wystarczyło.


