Polana w Tatrach Niżnych o wschodzie słońca, Słowacja
Tatry Słowackie

Polana Kraľova — relacja z noclegu pod plandeką w czerwcu

Biwak w Tatrach Niżnych przy Polanie Kraľova w czerwcu to jedna z tych nocy, których nie zaplanowałem zbyt szczegółowo. Relacja.

W tym artykule (5)
  1. Dojazd do Telgártu
  2. Droga przez las
  3. Noc pod plandeką
  4. Wejście na Kraľovą hoľę o świcie
  5. Powrót i kilka praktycznych rzeczy

Plandeka, karimata, śpiwór cztery stopnie minimalny, rondel na gaz. To mój zestaw na lekki biwak — ważący może dwa kilogramy łącznie ze śpiworem. Pojechałem do Tatr Niżnych w czerwcu z planem nocowania gdzieś przy Polanie Kraľova i wejścia następnego dnia na Kraľovą hoľę (1948 m n.p.m.) o świcie.

Plan był prosty. Wykonanie nieco bardziej chaotyczne, ale tak zwykle z planami na biwak bywa.

Dojazd do Telgártu

Telgárt to mała wieś przy drodze przez wschodnią część Tatr Niżnych, po słowackiej stronie grzbietu. Jadąc od polskiej granicy przez Čadcę i Ružomberok — albo przez Zwardoń i Brezno — dojeżdża się tu w jakieś dwie i pół godziny. Parking przy kościele w Telgárcie, w tygodniu puste, w weekendy kilkanaście aut turystów.

Stamtąd szlak żółty prowadzi przez las w górę, mijając kilka polan po drodze. Do Polany Kraľova jakieś dwie godziny marszu. Wyjechałem z domu po południu we wtorek, na szlak wskoczyłem około piętnastej. Cel: dotrzeć na polanę przed siedemnastą, rozłożyć plandekę przy świetle.

Droga przez las

Las w dolnej partii tej trasy to stary mieszany bór — buk ze świerkiem, trochę jodły. Ciszej niż w polskich Beskidach w sezonie, zdecydowanie. Słyszałem własne kroki i gdzieś dalej potok. Na szlaku nikogo, przez dwie godziny podejścia minąłem chyba trzy osoby w sumie.

Powyżej lasu teren się otwiera. Widać masyw Kraľovej hoľi po raz pierwszy — charakterystyczny szeroki grzbiet, bez dramatycznych skalnych form, ale z poczuciem rozległości. Tatry Niżne mają inną estetykę niż Tatry Wysokie — mniej skał, więcej łąk, bardziej zaokrąglone profile. Dla mnie to jest zaletą, nie brakiem.

Polana Kraľova to rozległa łąka górska z widokiem na masyw szczytu. Doszedłem przed siedemnastą. Rozejrzałem się za miejscem pod plandekę — szukałem naturalnego dachu z gałęzi albo skarpy. Znalazłem grupę drzew po wschodniej stronie polany, z boku od wiatru, z widokiem na zachód.

Noc pod plandeką

Rozbicie plandeki zajęło mi dwadzieścia minut. Linka pomiędzy dwoma bukami, plandeka pięć na trzy metry rozciągnięta pod kątem, kamienie do obciążenia narożników od ziemi. Nie jest to Ritz, ale chroni od deszczu i wiatru, i nie boli w plecy tak jak twarda ziemia bez nic.

Gotowałem wodę na herbatę przed zmrokiem. Zestaw: kuchenka gazowa, kubek, herbata ekspresowa, kanapki z domu. Żadnych fajerwerków. Usiadłem na karimatie i patrzyłem na zachód — niebo robiło się różowe nad grzbietem, temperatura o dwudziestej pierwszej spadła może do ośmiu stopni.

Śpiwór na minus cztery był za gruby, trochę się pociłem w pierwszej części nocy. Ale wziąłem go celowo — nocne minimum w czerwcu w Tatrach Niżnych powyżej tysiąca pięciuset metrów potrafi zaskoczyć. Lepiej mieć za ciepły niż zmęczyć się zimnem o trzeciej rano i przez to nie wstać o czwartej trzydzieści.

Obudziłem się o czwartej trzydzieści. Nie przez alarm — przez ciszę. W górach ten moment przed świtem ma własny charakter: absolutna cisza, lekki ruch powietrza. Zanim jeszcze zrobi się jasno. Wyszedłem ze śpiwora, zaparzyłem kawę i zacząłem pakować.

Wejście na Kraľovą hoľę o świcie

Wyruszyłem o piątej z Polany Kraľova szlakiem czerwonym na szczyt. Od polany do wierzchołka jakieś dwie godziny — podejście przez otwarty grzbiet bez lasu. Wiatr od północy, chłodny, ale znośny przy kurtce.

Na Kraľovej hoľi (1948 m n.p.m.) byłem przed siódmą. Nikogo. Wiał stabilny wiatr, mgła w dolinach leżała nisko — grzbiety wychodziły z niej jak wyspy. To jest ten widok, po który się tu przyjeżdża: wschód słońca, całe Tatry Niżne przed sobą, pustka.

Kraľova hoľa ma transmisyjne wieże na szczycie, co nie jest estetycznym wyróżnikiem. Ale widok jest dobry — na wschód grzbiety Nízkych Tatier biegnące ku Chopokowi, na południe słowackie niziny, na północ Małą Fatrę jeśli widoczność pozwala.

Spędziłem tam dwadzieścia minut i zszedłem — tym razem szlakiem zielonym w kierunku Vyšnej Bocy. Plecak spakowany, plandeka złożona w trzy minuty, śpiwór w worku kompresyjnym.

Powrót i kilka praktycznych rzeczy

Z Vyšnej Bocy autostopem z powrotem do Telgártu. Ta ostatnia część była najmniej zaplanowana. Zabrał mnie kierowca furgonetki po czterdziestu minutach czekania przy drodze. Jechaliśmy przez doliny w milczeniu, bo nie znaliśmy wspólnego języka. Wysadził mnie przy mojej trasie i odjechał.

Kilka rzeczy praktycznych na biwak w tej okolicy:

  • biwakowanie w parku NAPANT — formalnie zakazane w centralnej strefie ochronnej. Dla jednej osoby z plandeką, bez ogniska, bez śmieci, poza głównym szlakiem — w praktyce nie miałem problemów przez kilkanaście nocy. Lepiej znać zasady przed wyjazdem.
  • woda — strumienie są, ale filtruję. Mam filtr do butelki od kilku sezonów, jeden zakup, lata spokoju.
  • ogniska — zakazane w parku. Gotuję wyłącznie na gazie. To nie jest opcja, to reguła.
  • kleszcze — w tej części Tatr Niżnych trzeba ich pilnować w lesie i przy trawie. Sprawdzam się wieczorem po każdym biwaku.

Czerwiec jest dobrym miesiącem na ten rodzaj wyjścia — długi dzień, zielono, temperatura w nocy znośna. W lipcu i sierpniu ta trasa jest popularniejsza, można natknąć się na więcej osób. Wtorek w czerwcu był w sam raz.

Wróciłem do domu wieczorem po południu z tym konkretnym zmęczeniem, które dobrze kojarzy się z dłuższym dniem w górach. Nogi w porządku, głowa wyczyszczona. To wystarczy za całe uzasadnienie.