Długo unikałem pisania o polarach. Temat wydaje mi się za mało dramatyczny jak na post na bloga górskiego — nie ma tu ani widoków, ani opowieści o tym, że mgła siedziała na grzbiecie przez sześć godzin, ani halušek w słowackim schronisku. Jest kurtka z polaru, która grzeje i tyle.
Ale kilka razy dostałem pytanie od Czytelników — głównie tych, którzy zaczynają i mają przed sobą pierwsze jesienne wyjście — jaki polar, co wziąć. I przez brak odpowiedzi na blogu odsyłałem ich do artykułów, które pisały coś ogólnego i nic konkretnego. Więc piszę sam.
Typy polaru
Upraszczam, bo nie jestem recenzentem sprzętu. Są dwa główne typy polaru, które mają sens w Beskidach:
Polar lekki, cienki — zwykle oznaczany jako 100 lub grid fleece. Szybkoschnący, dobrze odprowadza wilgoć, nadaje się jako warstwa pod softshellem lub hardshellем. Grzeje słabiej, ale przy wysiłku to zaleta — nie przegrzewasz się na podejściu. Letni wieczór w schronisku albo wiosna to idealne warunki dla tego polaru.
Polar ciepły — 200 albo 300 — to już coś, co samodzielnie grzeje w chłodne dni. Gruby, puszysty, przy intensywnym wysiłku za gorący, ale na grzbiecie przy wietrze w październiku sprawdza się jak nic innego. Waga wyraźnie wyższa, ale ciepło proporcjonalne.
Jest jeszcze polar wiatroszczelny z jednej strony — Polartec Windpro albo podobne. Ten jest kompromisem: chroni przed wiatrem lepiej niż zwykły polar, oddycha gorzej niż otwarty polar, ale jest niezłym rozwiązaniem na lekkie warunki.
Jak używam polaru przez sezon
Od maja do września mam w plecaku lekki polar 100 jako kurtkę awaryjną. Nie zakładam go na podejściu — zakłada się go gdy się stoi, siada w schronisku, czeka na kogoś przy samochodzie. Waży jakieś dwieście gramów i zajmuje tyle co termos.
Od października zmieniam na ciepły polar 200. Schodzi do plecaka jako warstwa do zakładania na szczycie i na grzbiecie, gdy stoi się w miejscu. Na podejściu zwykle idę w samej koszulce termicznej i kurtce wiatroodpornej — polar byłby zbyt ciepły.
W schroniskach zakładam go na kolację i wieczór. Nocne temperatury we wrześniu–październiku są bliskie zeru na grzbietach — przy źle izolowanych ścianach schroniska polar 200 to różnica między wygodnym wieczorem a wieczorem z kubkiem herbaty trzymanym oburęcznie dla ciepłoty.
Co sprawdzam przy zakupie
Gramatura na metr kwadratowy — to obiektywna miara ciepłoty, niezależna od marki. Polar 200 to dwieście gramów na metr kwadratowy, 100 to sto. Proste.
Suwak do szyi. Chcę mieć możliwość zamknięcia kurtki pod brodę, bo to skąd ucieka ciepło. Modele z niskim suwakiem zatrzymującym się w połowie klatki piersiowej — nie dla mnie.
Kieszeń na zamek. Jedna wystarczy. Telefon, śniadanie, mały termos z herbatą — wszystko co chcę mieć dostępne bez otwierania plecaka. Kieszeń bez zamka to tylko dekoracja.
Krój — nie za luźny, nie za obcisły. Polar, który wisi jak worek, wciąga powietrze przy wietrze. Polar, który jest obcisły jak koszulka, ogranicza ruchy i przy zakładaniu pod szellę robi problemy. Coś pomiędzy — standard fit, jak go producenci nazywają.
Ile płacić
Polar z Polartec lub Schoeller — markowy — kosztuje 250–400 zł. Polar z polaru z dyskontu sportowego — 60–100 zł. Różnica jest w szczegółach: jakość szwów, dopasowanie, trwałość po stu praniach. Dla kogoś, kto wychodzi raz–dwa razy w roku — tani polar spełni swoje zadanie. Dla kogoś, kto chodzi regularnie od wiosny do zimy — opłaca się zainwestować raz w dobry polar zamiast co dwa–trzy sezony kupować nowy.
Mój polar 200 mam od siedmiu lat. Kupiony w sklepie górskim za 280 zł, teraz kosztowałby pewnie 320–350. Prany pewnie ze sto razy — kształt trzyma, suwak chodzi, ciepłota ta sama. Na tym polega sens kupowania sprzętu raz porządnie.
To tyle o polarach. Obiecuję, że następny wpis będzie o czymś z widokami.


