Turysta w spodniach trekkingowych na górskim szlaku
Sprzęt

Spodnie trekkingowe na lato — dwie pary, jedna spalona

Przez trzy lata nosiłem te same spodnie na szlak i dopiero w zeszłym roku zrozumiałem co to znaczy dobra para letnich spodni trekkingowych.

W tym artykule (4)
  1. Czym się różni dobra para od złej
  2. Co się sprawdziło w Beskidach
  3. Ta spalona para
  4. Coś o cenie

Pierwsza para spodni trekkingowych jaką kupiłem świadomie kosztowała osiemdziesiąt złotych w markecie sportowym. Miały kieszenie na rzep, szerokie nogawki i napis „quick dry” na metce. Po pierwszym wyjściu na Pilsko 1557 m w lipcu zrozumiałem że „quick dry” znaczy że nie chłoną wody deszczowej, ale pot też nie odprowadzają — zostają mokre w inny sposób.

Przez kolejne dwa lata używałem ich na lżejsze wyjścia. W zeszłym roku kupiłem drugą parę — droższą, konkretnego producenta sprzętu turystycznego — i zrozumiałem w czym leży różnica. Opisuję to poniżej, bo spodnie to kategoria sprzętu, o której rzadko się pisze — skupiamy się na plecakach i butach, a spodnie kupujemy jakoś.

Czym się różni dobra para od złej

Materiał to pierwsza i najważniejsza różnica. Tanie spodnie trekkingowe często są z poliestru o grubszej splocie — odporne na rozdarcie, ale ciężkie i duszące w upały. Dobre letnie spodnie mają cieńszy materiał z elastanem lub nylonową mieszankiem, który rozciąga się przy ruchu i szybko odprowadza wilgoć.

Druga różnica to krój. Przy zejściu ze stromego odcinka albo wchodzeniu przez kamienie potrzebujesz swobody ruchu w kolanach i biodrach. Tanie spodnie mają prosty krój — wyglądają dobrze na stojąco, ale przy wysokim unoszeniu nogi ciągną w kroku. Kosztuje to energię i komfort.

Trzecia różnica to szwy. W tanich spodniach szew biegnie przez środek kolana — po kilku godzinach marszu czuć go przy każdym kroku. W dobrze zaprojektowanym modelu szwy są z boku albo wzmocnione wyścółką w istotnych miejscach.

Co się sprawdziło w Beskidach

Na lato w Beskidach — czyli temperatury od piętnastu do trzydziestu stopni, zmienne warunki, dużo traw i trochę błota — sprawdzają się spodnie w kilku konkretnych właściwościach:

  • Materiał cienki i oddychający — przy trzydziestu stopniach każdy gram ma znaczenie
  • Elastyczność min. 10% w obie strony — ruch w górę przez strome podejście
  • Impregnacja DWR — łapią kroplę rosy z trawy, ale po chwili woda spływa
  • Kieszenie zamykane na zamek — w opisach prawie zawsze pomijane, ale przy pochyleniu tracisz z kieszeni telefonii na rzep telefon i klucze
  • Możliwość odpięcia nogawek — niekoniecznie, ale przy zmiennej pogodzie lipcowej bywa praktyczne

Nie wymienię konkretnych marek, bo producenci zmieniają składy materiałów co sezon i model dobry w 2024 roku w 2026 może być zupełnie inny. Ale te parametry sprawdzaj zawsze — są na metce albo w opisie produktu.

Ta spalona para

Tytuł trochę przesadzony — nie dosłownie spalone. Ale jedna z par poszła do kosza po wyjściu na Stożek Wielki 978 m w deszczu. Materiał zmoczony po kilkudziesięciu minutach, ciężki, ocierał w udach i w końcu otarałem skórę do krwi — bo mokry materiał ma inne właściwości tarcia niż suchy. Coś czego producent w opisie nie wspomniał.

Nie wyrzuciłem ich od razu — przez rok jeździłem w nich na rower. Są do tego dobre: szerokie, miękkie, nieco luźne. Ale na szlak z plecakiem i podejściami powyżej ośmuset metrów były złym wyborem.

Coś o cenie

Dobra para letnich spodni trekkingowych kosztuje między dwieście a czterysta złotych. Można znaleźć przyzwoitą parę za sto pięćdziesiąt — w wyprzedaży poprzedniego sezonu albo u mniej znanych producentów. Za osiemdziesiąt złotych nie kupisz tego, co tu opisuję.

Używam jednej pary przez cały sezon — prałem wielokrotnie, nadal działają. Dobra para trekkingowa wytrzymuje trzy do pięciu sezonów jeśli pierzesz zgodnie z instrukcją i nie wsadzasz do suszarki. Rozkładając to na koszt w przeliczeniu na wyjście, wychodzi taniej niż tanie kupowanie co rok.

Nie mówię żeby wydawać dużo dla zasady. Mówię że w tej konkretnej kategorii sprzętu różnica między dobrą a złą parą jest odczuwalna już po pierwszych dwóch godzinach podejścia — i że tę różnicę opłaca się zapłacić raz.