W tym artykule (3)
Na Halę Lipowską wszedłem żółtym szlakiem z Rajczy, przez Halę Redykalną. Trochę ponad trzy godziny pod górę, ostatni odcinek grzbietowy otwarty na wszystkie strony, tego dnia akurat bez wiatru. Teren za schroniskiem był mokry i żółty od traw, niebo szare, ale wysokie. Dobra październikowa pogoda.
W schronisku były może cztery osoby, dwie pary po pięćdziesiątce, siedzące przy różnych stolikach. Każdy patrzył przez okno. Gospodyni bez pytania przyniosła mi menu i powiedziała, że żurek jest dziś dobry, bo stary.
Ten żurek
Żurek w schroniskach bywa różny. Czasem to zupa z proszku z jedną kiełbasą. Na Hali Lipowskiej robią go inaczej: gęsty, kwaśny, z ziemniakami i kawałkami kiełbasy, w ceramicznym talerzu, który trzyma ciepło do końca zupy. Dwadzieścia złotych. Zamówiłem drugi. Gospodyni nic nie powiedziała, ale chyba była zadowolona.
Trzeci talerz sobie odpuściłem, bo czekało mnie jeszcze zejście. Żartuję, ale przy tej zupie granica między rozsądkiem a łakomstwem robi się płynna.
Poza żurkiem w karcie był bigos, pierogi z kapustą i grzybami (dwadzieścia dwa złote), herbata (dziewięć złotych), a wieczorem podobno robią coś mięsnego. Nie zostałem na kolację, ale zamierzam następnym razem.
Hala Lipowska po sezonie
W lipcu i sierpniu na Hali Lipowskiej jest tłoczno. Rodziny, grupy szkolne, rowerzyści na grzbietowym szlaku. W schronisku są wtedy kolejki do kasy i jest głośno. Rozumiem to, bo to ładne i łatwo dostępne miejsce. Ale w październiku schronisko to zupełnie inny lokal.
Tu jest prawdziwa cisza. Słychać wiatr w świerkach za oknem i od czasu do czasu głos z kuchni. Nikt nie puszcza muzyki. Nikt nie prosi o selfie z panoramą. Ci, którzy przychodzą tu w październiku, przyszli po to samo co ja.
Schronisko jest czynne cały rok. Sprawdzam to przed każdym wyjazdem, bo w innych miejscach zdarzało mi się już stać pod zamkniętymi drzwiami. Hala Lipowska ma stronę internetową i numer telefonu. Szczególnie w listopadzie radzę zadzwonić, bo godziny otwarcia skracają się razem z dniem.
Dojście i dalsza trasa
Rajcza to jeden z wygodniejszych punktów startowych. Jest tam stacja kolejowa, więc można przyjechać pociągiem. Żółtym szlakiem podchodzi się trzy, trzy i pół godziny, zależnie od tempa. Niebieskim z Rajczy przez Halę Boraczą dłużej, ale za to można zrobić pętlę.
Z Hali Lipowskiej grzbietem na wschód dojdziesz na Rysiankę (1322 m), to kwadrans zielonym szlakiem. Tam też jest schronisko. Połączenie obu w jednym dniu, z wejściem z Rajczy i zejściem tą samą drogą, to sensowna całodniowa trasa: około siedmiu, ośmiu godzin z postojami.
W październiku słońce zachodzi tu około osiemnastej dwadzieścia na początku miesiąca i około wpół do piątej po zmianie czasu. Przy tej trasie wychodzenie rano ma sens, żeby zejść za dnia i żeby zdążyć na ten żurek przed zamknięciem kuchni.
Do Rajczy zszedłem tą samą drogą w niecałe trzy godziny. Samochód stał przy stacji. Wracałem z termosem pełnym herbaty i z poczuciem, że tego miejsca nie trzeba dopasowywać do żadnego turystycznego trendu. Samo sobie radzi.


