W tym artykule (3)
Do schroniska pod Pilskiem dotarłem przed czternastą. Wiedziałem, że przy dobrej pogodzie w środku tygodnia będzie luźno — i rzeczywiście, przy wejściu stały tylko dwa plecaki i para kijków opartych o ławkę. W środku przy oknie siedziała starsza para z mapą i kubkiem czegoś gorącego. Gospodyni powiedziała dobry dzień bez zbędnej ceremonii i wskazała wolne miejsce.
Pilsko ma 1557 m n.p.m. Schronisko stoi kilkaset metrów poniżej szczytu, po polskiej stronie, na grzbiecie który latem rojni się od wycieczek. We wrześniu, w środku tygodnia, jest zupełnie inaczej — ma się wrażenie, że grzbiet należy do siebie.
Wieczór w schronisku
Zamówiłem pokój z łóżkiem piętrowym — byłem tam sam, więc miałem całą sypialnię. Nocleg kosztował 75 zł, bez śniadania. Łazienka na korytarzu, wspólna, ciepła woda działała bez problemów. Nic luksusowego, ale wszystko czego potrzeba po dniu na szlaku.
Na kolację wybrałem żurek z ziemniakami — 20 zł, talerz duży, gęsty. Do tego grzany sok z czarnej porzeczki za 10 zł. Przez okno jadalni widać było chmury, które od zachodu zachodziły na grzbiet — wolno, bez pośpiechu. Kiedy chmura zajechała za oknem na dobre, przez szybę było widać tylko białe mleko i sylwetki drzew.
Po kolacji usiadłem przy piecu — w schronisku rozpalonym od połowy września, bo noce są chłodne, temperatura spada do kilku stopni — i czytałem. Nikt mnie nie zagadywał, nikt nie puszczał muzyki. Do dziesiątej wieczór przy stołach siedzieli jeszcze dwaj panowie z mapą i planowali trasę na jutro. Potem cisza.
Śniadanie i wyjście na szczyt
Obudziłem się o szóstej. Za oknem szaro, mgła nisko — widoczność może sto metrów. Zjadłem jajecznicę za 18 zł i dwa kawałki chleba z dżemem za 6 zł. Kawa z ekspresu — 8 zł. Tanie śniadanie w stosunku do tego, co oferują schroniska w Tatrach.
Na szczyt wyszedłem przed siódmą. Mgła trzymała się przez pierwsze pół godziny — chodziłem dosłownie w chmurze, liście na trasie mokre, szlak błotnisty w zagłębieniach. Tuż przed szczytem mgła zrobiła się rzadsza, a na chwilę — może dwadzieścia minut — wyszło słońce i zobaczyłem całą panoramę: Babia Góra po wschodzie, grzbiet ku Hali Rysianka, w dole dolina z mleczną mgłą.
Potem mgła wróciła. Zszedłem z powrotem do schroniska, wziąłem plecak i ruszyłem do Jeleśni. Zajęło mi to jakieś dwie i pół godziny spokojnego zejścia.
Kuchnia — kilka słów
Menu w schronisku jest proste, co jest zaletą. Zupy, dania główne, ciepłe napoje. Nie ma tu wielostronicowego menu z daniami kuchni fusion. Jest żurek, bigos, sznycle, czasem pierogi — 22–26 zł za porcję. Herbata z cytryną 9 zł, grzane wino od wieczora. W październiku, gdy robi się zimno, grzane wino schodzi w ilościach.
Mam zwyczaj zamawiać w schroniskach zupę na obiad zamiast dania głównego — taniej, szybciej, i po pięciu godzinach marszu wystarczy. Żurek albo zupa grzybowa, zależy co mają. Nie każde schronisko ma grzybową, ale to jedno — owszem, i jest dobra.
Jedną rzecz cenię w tym miejscu szczególnie: to że jest normalnie czynne we wrześniu i październiku. Część schronisk w Beskidach zamyka się po sezonie letnim albo przechodzi w tryb weekendowy. Pilsko działa w tygodniu — a dla weekendowego wojownika, który planuje środowe wyjścia, to różnica między noclegiem a biwaktem pod gołym niebem.
Rezerwuję zawsze mailowo z tygodniowym wyprzedzeniem. Jeśli ktoś planuje wyjście w weekend — wcześniej. W październiku weekendy przy dobrej pogodzie potrafią być pełne, szczególnie ten z przełomu miesiąca.


