Jesienne Skrzyczne widziane ze szlaku grzbietowego Beskidu Śląskiego
Beskid Śląski

Październikowy wiatr na Skrzycznem

W październiku na Skrzycznem rządzi wiatr i opadłe liście. Relacja z trasy i kilka słów o tym, co zmienia się na szlaku po pierwszych jesiennych wichurach.

W tym artykule (4)
  1. Szlak po wichurach
  2. Na szczycie
  3. Którędy zszedłem
  4. Kiedy lepiej odpuścić

Wychodziłem ze Szczyrku spokojnym rankiem, było może pięć stopni, w dolinie mgła. Godzinę przed szczytem Skrzycznego (1257 m) zaczęło porządnie wiać. Nie był to przyjemny, orzeźwiający chłód, tylko wiatr, który zrywa czapkę z głowy, każe pozapinać wszystkie zamki i na odsłoniętych odcinkach iść pochylonym do przodu.

Październik w Beskidzie Śląskim ma to do siebie, że jedna trzecia wyjść mija spokojnie, a dwie trzecie przynoszą coś, czego nie było w prognozie. Tym razem trafiłem na to drugie.

Szlak po wichurach

Październikowe burze i wiatry potrafią w Beskidzie Śląskim narobić szkód. Na szlaku ze Szczyrku na Skrzyczne co kilkaset metrów mijałem powalone albo połamane drzewa. Część leżała w poprzek znakowanego szlaku, więc trzeba je było obchodzić albo przez nie przełazić. Po silnym wietrze to normalne, ale kiedy kora jest mokra, a pobocze błotniste, obejście zwalonego świerka nie należy do przyjemności.

Szlak był mokry od pierwszych metrów. Liście na kamieniach to pułapka, którą w ładnym świetle łatwo zlekceważyć. Wyglądają jak dekoracja, a ślizgają się jak lód. Ja miałem kije, ale widziałem dwie osoby bez nich. Jedna poślizgnęła się na wąskim przejściu koło skałek. Skończyło się na strachu, ale to była kwestia szczęścia.

Na szczycie

Przy maszcie na Skrzycznem wiało trzydzieści, może czterdzieści kilometrów na godzinę. Szacuję, bo nie mam miernika, ale przy takich podmuchach trudno utrzymać lornetkę przy oczach. Długo na odsłoniętym wierzchołku nie stałem.

Mimo wiatru widoki były dobre. Na południu wyraźnie widać było Baranią Górę (1220 m), a na zachodzie bez trudu dało się rozpoznać Czantorię (995 m) i Stożek (978 m). Za nimi czeskie grzbiety, mniej wyraźne, bo niebo się chmurzyło. Kiedy schodziłem, szczyt Klimczoka (1117 m) był już w chmurach.

Schronisko PTTK na Skrzycznem działało normalnie. Żurek za osiemnaście złotych, pierogi z kapustą i grzybami za dwadzieścia pięć, herbata z mlekiem za osiem. Usiadłem przy oknie po zawietrznej stronie, jadłem powoli i patrzyłem, jak chmury przepływają poniżej szczytu. Takich chwil się nie planuje.

Którędy zszedłem

Zejście grzbietem, zielonym szlakiem przez Małe Skrzyczne na Malinowską Skałę i dalej czerwonym na Przełęcz Salmopolską, zajęło mi dwie godziny. To dłuższa droga niż podejście, ale grzbiet sprawia mniej kłopotów niż strome zejście prosto do doliny, a na mokrym terenie to ma znaczenie. Wąską ścieżkę stromym zachodnim stokiem tego dnia pokrywało błoto i połamane gałęzie. Nie chciałem jej sprawdzać z pełnym plecakiem.

Z przełęczy do Szczyrku wróciłem przed czternastą. W sumie wyszło ponad pięć godzin, razem z postojem w schronisku. Jak na Skrzyczne to normalny czas. Przy dobrych warunkach wychodzi krócej, a dłużej, kiedy trzeba obchodzić wywroty i uważać na każdy mokry kamień.

Kiedy lepiej odpuścić

Na Skrzyczne można wejść przez cały rok i w tym tkwi jego urok, bo nie trzeba miesiąc wcześniej planować okna pogodowego. Październik i listopad mają jednak swoje zasady. Sprawdzam prognozę konkretnie dla szczytu, a nie dla Szczyrku w dolinie, bo na górze wieje zupełnie inaczej. Wiatr powyżej pięćdziesięciu kilometrów na godzinę to dla mnie sygnał, żeby zmienić dzień albo trasę. Wejść bym dał radę, ale zejście w takich warunkach, po mokrym i między wywrotami, jest mało przyjemne.

Na początku października słońce zachodzi tu koło osiemnastej dwadzieścia, a pod koniec miesiąca, po zmianie czasu, już około szesnastej trzydzieści. Jeśli planujesz wejście po południu, wyjdź najpóźniej koło południa, żeby zejść za dnia. Brzmi to oczywiście, ale co roku spotykam kogoś z latarką, kto liczył na więcej czasu, niż miał.